Prawda o aborcji

Dziennikarze za prawdą o aborcji

Skandal z tkankami zmarłych i zabitych dzieci

Śmierć rocznego dziecka w 1992 r. w jednym ze szpitali w Anglii doprowadziła do śledztwa, które wstrząsnęło opinią publiczną. Prawie dziesięć lat później ujawniono, że z ciał tysięcy dzieci zmarłych przed i po urodzeniu pobierano organy i tkanki bez zgody ich rodziców, a czasem nawet pomimo ich sprzeciwu. Proceder ten nie należał wcale do rzadkości.

O tym, że sprawa wyszła na jaw, zadecydował przypadek. W 1996 r. Helen Rickard, mama 11-miesięcznej Samanthy, zmarłej po operacji na otwartym sercu w szpitalu klinicznym Bristol Royal Infirmary, zwróciła się do jego administracji o wydanie wszystkich informacji medycznych o córce. Wystąpiła z taką z prośbą, gdyż po audycie tej placówki do opinii publicznej trafiły informacje o wysokiej śmiertelności dzieci po tej właśnie operacji. Z otrzymanych danych wynikało, że patolog zachował serce córki. Zbulwersowana matka poprosiła o jego zwrot.

Działania rodziców
I na zwrocie nielegalnie pobranego organu sprawa się nie zakończyła. W 1999 r. grupa rodziców z podobnymi do Rickard doświadczeniami zwołała konferencję prasową, aby upublicznić informacje o wysokiej śmiertelności pooperacyjnej w Bristol Royal Infirmary i zatrzymywanych sercach zmarłych dzieci. Organy były pobierane bez wiedzy i zgody rodziców w około 170 przypadkach w tym jednym szpitalu. Na skutek działań rodziców, którzy zbierali dane od innych rodzin dzięki otwartej przez nich darmowej linii telefonicznej, rząd zdecydował się na zbadanie sprawy. Z zeznań jednego ze świadków wyszło na jaw, że takie praktyki miały również miejsce w innej placówce. W jednym z najbardziej renomowanych szpitali dziecięcych w Anglii- Alder Hey, rutynowo przechowywano serca od 1948 r. Być może dlatego, że jest on jednym z największych w Europie (obecnie rocznie leczy się ok. 300 tys. dzieci), to właśnie na nim skupił się skandal.

Raport Redferna
W wyniku przeprowadzonego śledztwa zebrano przytłaczającą liczbę dowodów na nadużycia. Raport sporządzony pod kierownictwem prawnika medycznego, Michaela Redferna, liczący 600 stron został podany do wiadomości publicznej w styczniu 2001 r. Wytypował on głównego winowajcę, holenderskiego profesora patologii Dicka van Velzena, pracującego w szpitalu Alder Hey w latach 1988-1995. Raport Redferna wskazywał go jako winnego zachowań nieetycznych w dwudziestu sferach działania, m.in. pobierania każdego możliwego organu od zmarłego dziecka, które miało przejść sekcję zwłok, w wypadku, gdy powód śmierci uznano za niejasny. Tkanki te miały być używane do badań naukowych, jednak patolog nie przeprowadzał nawet właściwej sekcji zwłok, a dokumentację medyczną fałszował. Choć proceder ten miał miejsce jeszcze zanim van Velzen rozpoczął pracę w Alder Hey, to właśnie za jego działalności przybrał ogromną skalę. Ujawniono, że w większości przypadków zgoda na pobranie tkanek i organów uznana była za domniemaną, a w niektórych przypadkach pobranie odbywało się wbrew woli rodziny.

Reakcja szpitala i skala nadużyć
Sprawę dodatkowo zaognił fakt, że nawet w obliczu skandalu administracja szpitala Alder Hey zachowywała się wobec rodziców arogancko i opieszale, wolno reagując na prośby rodziców o zwrot zatrzymanych organów. Udowodniło to po raz kolejny, że rodzice mają niewiele do powiedzenia w sprawie tego, co stanie się z ciałem ich zmarłych dzieci. Co więcej, stało się jasne, że solidarność zawodowa lekarzy umożliwia trwanie nadużyć, którymi nikt nie chce się zająć.

Raport Redferna krytykował działania szpitala Alder Hey i University of Liverpool. W skandal uwikłane były również dwie inne sławne placówki, m.in. Great Ormond Street Hospital for Children w Londynie i the Birmingham Children’s Hospital. Lista szpitali i szkół medycznych, które w 2001 r. przetrzymywały tkanki ludzkie została podana do publicznej wiadomości . Było na niej ponad 100 instytucji.

Ciała dzieci nienarodzonych
Zbadano również praktyki wewnątrz krajowego systemu służby zdrowia: National Health Sevices, z którego wynikło, iż 104 tys. fragmentów ciał, organów dzieci narodzonych i nienarodzonych przetrzymywane były w ponad dwustu placówkach. Niegodne traktowanie ciał zmarłych nie ograniczało się więc do jednego skazanego patologa, ale miało miejsce na szeroką skalę. Co więcej, prawie pół miliona próbek tkanek zatrzymano w różnych szpitalach w kraju.

Z kolejnego rządowego raportu Liama Donaldsona z 2002 r. (Human Bodies, Human Choices: The Law on Human Organs and Tissue in England and Wales – A Consultation Report) wynikło, że ponad 50 tys. organów, fragmentów ciał, zwłok dzieci poronionych i zmarłych w aborcji przetrzymywanych było przez patologów w całym kraju. W samym tylko szpitalu Alder Hey, składowano 1500 ciał dzieci poronionych, martwo urodzonych lub zmarłych w wyniku aborcji.

Gruczoły grasicy dla firmy farmaceutycznej
W szpitalu Alder Hey i the Birmingham Children’s Hospital gruczoły grasicy pobrane od żyjących dzieci w trakcie operacji serca były przekazywane firmie farmaceutycznej w zamian za fundusze na badania naukowe. Według „The Guardian”, szpital odmówił podania nazwy firmy, jednak wygląda na to, że była nią Aventis Pasteur, specjalizująca się w szczepionkach. Wynikałoby z tego, że za jeden gruczoł istotny dla funkcjonowania układu odpornościowego bardzo małych dzieci, pobrany bez zgody rodziców (podobno usuwany rutynowo w tego typu operacjach dla zapewnienia dostępu do serca), firma zapłaciła poniżej 10 funtów.

Co dało śledztwo?
Efektem śledztw było wprowadzenie zakazu pracy dla holenderskiego patologa Dicka van Velzena, najpierw czasowe, a dopiero w 2005 r. stałe. Policja brytyjska nie mogła zebrać wystarczających dowodów, aby bo skazać. Po publikacji raportu Redferna, von Velzen przebywał w Holandii oraz pracował w Kanadzie, gdzie również miał problemy z nielegalnym składowaniem organów. Co więcej, Van Velzen opublikował różne analizy naukowe, opierające się na jego sfałszowanych autopsjach, które nadal figurują w archiwach publikacji i są cytowane w bazach artykułów naukowych.

W wyniku działań osób zajmujących się sprawą, zostało zawieszonych czterech pracowników National Health Sevices. Rodziny dzieci zmarłych w szpitalu Alder Hey na mocy ugody otrzymały mniej więcej 5 tys. funtów każda (około 10 tys. dol.). Około 200 rodzin wystąpiło z pozwem przeciwko rządowemu National Health Sevices. Niektórzy rodzice musieli przejść wielokrotne ceremonie pochówku. Dla przykładu Janet Dacombe, matka noworodka o imieniu James, chowała go trzykrotnie, gdyż szpital tyle razy zwracał jej pobrane organy dziecka. Niezidentyfikowane ciała zostały pochowane na cmentarzu w Liverpoolu.

Zmiana prawa
Na skutek ujawnionych nieprawidłowości poprawiono również system wyrażania zgody na pobranie tkanek i do pewnego stopnia uregulowano procedury dotyczące poronień i aborcji. Zmieniona ustawa Human Tissue Act z 1961 r. wprowadziła również nowe procedury współpracy z firmami farmaceutycznymi. Obawy, że wymaganie zgody na pozyskanie tkanek spowoduje ich deficyt, okazały się bezpodstawne. Wielu krytyków nadal jednak twierdzi, że godność ludzka nie jest dostatecznie chroniona i szanowana. Tak przynajmniej sprawę przedstawiają autorzy trzytomowej encyklopedycznej pozycji omawiającej 400 historycznych skandalów XX w. „Great Events from History: Modern Scandals” (2009).

Aby jednak skandale związane z tkankami ludzkimi mogły w ogóle ujrzeć światło dzienne, potrzebna jest transparencja i dostęp do informacji publicznych, a także uczciwość, odwaga i etyczność środowiska medycznego. Warto dodać, że w USA tzw. whistleblowers otrzymują wynagrodzenie finansowe za zgłoszenie nieprawidłowości w miejscach, w których pracują. Niestety w Polsce walka z korupcją i nadużyciami w służbie zdrowia raczkują. Sytuacja jest dramatyczna szczególnie jeśli chodzi o aborcję, która owiana jest swoistą tajemnicą, częściowo chronioną ustawowo. Nie sprzyja to ufności, że pośmiertna godność uśmierconych dzieci jest szanowana. O dzieciach zabitych w późnych aborcjach w szpitalach publicznych na koszt wszystkich podatników przedstawiciele obecnej władzy nie chcą nawet rozmawiać. Dodatkowa niechęć obecnej administracji rządowej do badania i ujawniania tych spraw daje niestety poczucie, że jest to dobre pole do nadużyć. Może kiedyś i u nas wybuchnie na tym polu skandal?

Natalia Dueholm

Artykuł ukazał się na fronda.pl

Written by prawdaoaborcji

6 września, 2013 at 3:21 pm

Seksbiznes i aborcja

Mało uwagi poświęca się przemysłowi usług seksualnych jako gałęzi lobby aborcyjnego. A przecież sektor ten nie mógłby istnieć bez antykoncepcji i aborcji.

O nierozerwalnym związku pomiędzy przerywaniem ciąży i prostytucją w XIX w. pisał Marvin Olasky w „Aborion Rites. A Social History of Abortion in America”(1992). Według niego, z dostępnych danych można powiedzieć, że liczba prostytutek w tym czasie gwałtownie wzrosła. Szacuje się, że ich liczba w Stanach Zjednoczonych wynosiła wtedy około 60 tys. Jak sugeruje Olasky, prostytutki były w owym czasie dominującą grupą kobiet, które dokonywały aborcji, a przecież korzystały z wszelakich metod antykoncepcyjnych: prezerwatyw, środków chemicznych i barierowych metod antykoncepcyjnych o różnej skuteczności.

Aborcja u prostytutek
Choć w XX i XXI w. kobiety, które przerwały ciążę należą do różnych grup społecznych, a metody antykoncepcyjne zostały do pewnego stopnia ulepszone, aborcja u prostytutek jest nadal dużym problemem. O związku tym wspomina się jednak bardzo rzadko, być może dlatego, że jest on swoistym dowodem na brak niezawodnej antykoncepcji pokazującym, że bardzo częste uprawianie seksu łączy się prędzej czy później z zajściem w ciążę. Równocześnie kolejnym argumentem sugerującym swoistą zmowę milczenia w tym temacie jest fakt, że pracownice sektora usług seksualnych są medialnie dość niewdzięczną grupą do promocji aborcji.

Jak czytamy w “Factors Associated with Induced Abortion in Women Prostitutes in Asturias (Spain)” http://www.plosone.org/article/info%3Adoi%2F10.1371%2Fjournal.pone.0002358
istnieje bardzo niewiele badań dotyczących wskaźników przerywania ciąży wśród prostytutek, ale wygląda na to, że w tym środowisku jest to „bardzo rozpowszechniony problem”. Z dostępnych danych wynika, że od 30 do 48% prostytutek co najmniej raz przerwało ciążę.

Twórca „Playboya” promuje aborcję
Z uwagi na powyższe dane można zrozumieć fakt, że seksbiznes sponsoruje organizacje aborcyjne. Z zeznań podatkowych The Hugh M. Hefner Foundation, założonej przez twórcę „Playboya”, wynika, że wspierała ona kilka organizacji o takim profilu. Były wśród nich największy provider aborcji w USA, czyli Planned Parenthood, oraz NARAL Pro-Choice America, zajmująca się lobbingiem aborcyjnym i zwalczająca regulacje związane z przerywaniem ciąży. Jednym z jej założycieli był już nieżyjący, znany aborter dr Bernard Nathanson, który później stał się obrońcą życia. Z pieniędzy twórcy „Playboya” korzystała również organizacja Population Action International powołana do kontroli liczby ludności na świecie, która nota bene finansowała działalność polskiej Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Na liście grantobiorców The Hugh M. Hefner Foundation figurowała także Guttmacher Institute, organizacja założona jako część Planned Parenthood, w celu dostarczania naukowych publikacji na temat antykoncepcji i aborcji. Jej analizy są często cytowane przez lobby aborcyjne, ale też bywają krytykowane za nierzetelność. Sympatie założyciela „Playboya” do środowiska aborcyjnego nie są bynajmniej ukrywane. Strona internetowa fundacji odsyła czytelników do Planned Parenthood i Guttmacher Institute.

Pornobiznesmen zakłada organizacje aborcyjne
Aborcję i antykoncepcję można wspierać nawet w bardziej bezpośredni sposób. Pokazuje to twórca największego wysyłkowego pornobiznesu na świecie, Phil Harvey, który kiedyś pracował dla Peace Corps i uzyskał dyplom magistra z administracji planowania rodziny z Uniwersytetu Północnej Karoliny. Jego antynatalistyczna działalność rozpoczęła się w latach 60-tych XX w, w okresie wywoływania sztucznej histerii związanej z mitem przeludnienia. Obecna firma sprzedająca filmy pornograficzne i wibratory wyrosła z nielegalnego biznesu sprzedaży wysyłkowej prezerwatyw, którą założył w 1970 r. z brytyjskim lekarzem Timem Blackiem. Oboje są odpowiedzialni za powstanie kilku organizacji aborcyjnych. Razem założyli Population Services International (PSI), reklamującą i sprzedającą prezerwatywy i antykoncepcję w różnej formie oraz zestawy do aborcji. Jak opisuje w “Sex in Crisis: The New Sexual Revolution and the Future of American Politics” (2008) Dagmar Herzog, była to druga co do wielkości (po Planned Parethood) organizacja zajmująca się tzw. międzynarodowym planowaniem rodziny. Oprócz tego Harvey powołał do życia grupę DKT International (DKT), zajmującą się społecznym marketingiem i również sprzedającą zestawy aborcyjne. Black zaś stworzył Marie Stopes International, która jest jednym z największych providerów aborcji na świecie poprzez sieć setek własnych klinik.

Atak na prawa ograniczające aborcję i antykoncepcję

Dla ukazania szerszego kontekstu lobby aborcyjnego, można dodać, że PSI jest częścią the International Consortium for Emergency Contraception, do której należą kolejni sponsorzy Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny: the International Planned Parenthood Federation i Ipas. Jest tam również amerykańska organizacja prawnicza Center for Reproductive Rights, znana z procesów sądowych wytaczanych różnym krajom w międzynarodowych trybunałach, aby całkowicie zalegalizować aborcję na żądanie. W praktyce oznacza to, że chroni ona interesy przemysłu aborcyjnego i otwiera dla niego nowe rynki zbytu.

Harvey ma za sobą kilka procesów z władzą, m.in. kwestionowanie praw regulujących sprzedaż antykoncepcji różnym osobom (m.in. nieletnim) i przez określone osoby (farmaceuci), które prawdopodobnie w jego poczuciu ograniczały funkcjonowanie jego biznesu. Warto również dodać, że jak napisał w 2005 r. USAToday http://usatoday30.usatoday.com/news/health/2005-10-15-porncharity_x.htm?csp=34
Organizacja DKT wytoczyła proces amerykańskiej rządowej agencji pomocowej USAID za wymaganie od organizacji, które- tak jak DKT- przyjmują dotacje rządu federalnego, aby zobowiązały się oświadczyć, że sprzeciwiają się prostytucji i handlowi ludźmi dla celów seksualnych. Według argumentacji DKT, proces ten był podyktowany chęcią obrony wolności wypowiedzi i niewysyłaniem złego sygnału (o sprzeciwie wobec seksbiznesu), który miałby również utrudnić pomoc zarażonym HIV/AIDS. Jak opisuje Herzog, w 2007 r. DKT proces ten początkowo wygrała, jednak stronie rządowej udało się decyzję sądu zmienić w apelacji. Niestety w kwietniu 2013 r. na mocy decyzji Sądu Najwyższego w sprawie USAID v. Alliance for Open Society International, DKT i PSI ostatecznie wygrały ten spór powołując się na pierwszą poprawkę do Konstytucji (czyli prawo do wolności religii, prasy, słowa i zgromadzeń): http://www.supremecourt.gov/opinions/12pdf/12-10_21p3.pdf

Udowodnione związki seksbiznesu z przemysłem aborcyjnym powinny być znane kobietom o poglądach feministycznych, politykom i parlamentarzystom, którzy świadomie lub nie, popierając aborcję, znajdują się po tej samej stronie barykady co ludzie, którzy żyją z seksbiznesu i domagają się nieetycznej kontroli urodzeń. Oczywistym jest również fakt, że organizacje, które nie są w stanie nawet wyrazić swojego sprzeciwu wobec prostytucji i handlu ludźmi, nie powinny otrzymywać żadnego publicznego (w tym finansowego) wsparcia. Organizacje pozarządowe, które prezentują się jako działające na polu zwalczania HIV/AIDS czy chorób wenerycznych mogą de facto generować popyt dla przemysłu, który seksualnie wykorzystuje kobiety. Na koszt podatników oczywiście.
Natalia Dueholm

Artykuł ukazał się na fronda.pl

Written by prawdaoaborcji

6 września, 2013 at 3:14 pm

„Ideał życia ułatwionego” czyli nikogo nie wolno zmuszać do heroizmu

W Polsce istnieją, niestety, nadal zwolennicy obecnej ustawy aborcyjnej dopuszczającej zabijanie dzieci nienarodzonych w niektórych przypadkach. Są to ludzie, którzy doskonale wiedzą, że tzw. terminacja dziecka poprzez aborcję oznacza zabicie człowieka. Czyżby oni byli również zwolennikami poniższych ustaw?

Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie mężczyzn i warunkach dopuszczania usuwania męża zapewne spodobałaby się, przede wszystkim radykalnym feministkom. Skoro domagają się one prawa do „usuwania” dziecka, niewykluczone że kiedyś mogą domagać się swobody usuwania męża (czy „partnera”). Kto wie, może i niektórzy zwolennicy tzw. kompromisu aborcyjnego pochyliliby się nad ich argumentacją, według której „nikogo nie wolno zmuszać do heroizmu”? Pozbycie się mężczyzny za pomocą trucizny jest w pewnym sensie podobne do niektórych metod aborcyjnych, a nawet zdaje się być dużo mniej drastyczne. Na wzór obecnej Ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu i warunkach przerywania ciąży, odpowiedni artykuł brzmiałby tak:

Usuwanie męża może być dokonane w przypadku, gdy:
1) stanowi on zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety,
2) badania lekarskie lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że mąż dopuszcza się czynów zabronionych albo zdradza żonę.

Wprowadzenie takiej ustawy byłoby oczywiście jawną dyskryminacją mężczyzn. Żeby więc była równość, nie powinno również zabraknąć Ustawy o planowaniu rodziny, ochronie kobiet i warunkach dopuszczania usuwania żony. Wówczas stosowny artykuł brzmiałaby podobnie:

Usuwanie żony może być dokonane w przypadku, gdy:
1) stanowi ona zagrożenie dla życia lub zdrowia mężczyzny,
2) badania lekarskie lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jej życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że żona dopuszcza się czynów zabronionych lub zdradza męża.

Innymi słowy, dorośli małżonkowie realizowaliby coś, co Emil Skiwski nazwał „ideałem życia ułatwionego”, wypowiadając się à propos moralności znanego aborcjonisty Boya-Żeleńskiego. Ułatwione życie powinno się należeć wszystkim, wedle zasad najnowszych praw człowieka, również dzieciom.

Nieletni politykujący w dziecięcych parlamentach mogliby podchwycić ideę i wyprodukować swój własny projekt Ustawy o planowaniu rodziny, ochronie rodziców i warunkach dopuszczania usuwania mamy i/lub taty.

Usuwanie matki i/lub ojca może być dokonane w przypadku gdy:
1) któreś z nich stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia dziecka,
2) badania lekarskie lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu matki i/lub ojca,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że rodzice dopuszczają się czynów zabronionych lub źle traktują dzieci.

To oczywiście nie wszystko. Dzieci mogłyby zachcieć pozbywać się rodzeństwa, zwłaszcza tego chorego, któremu nie chcieliby pomagać. Czy można wymagać od dziecka, żeby karmiło swojego przykutego do łóżka brata? Właśnie z myślą o najmłodszych musiałaby więc powstać Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie rodzeństwa i warunkach dopuszczania usuwania brata i/lub siostry. Pamiętajmy, co mówią zwolennicy kompromisu aborcyjnego: „nikogo nie wolno zmuszać do heroizmu”. A dzieci wyszkolone przez edukatorki seksualne w posługiwaniu się środkami poronnymi, mogą mieć dostateczną wiedzę, aby nabyć i podać matce tabletki aborcyjne. Takie rzeczy już się dzieją, jednak zazwyczaj robi to „partner”, który do najmniejszego heroizmu też zmuszać się nie chce.

Pozbywanie się schorowanych dziadków i babć można oczywiście usprawiedliwić tym samym sposobem myślenia. Mielibyśmy Ustawę o planowaniu rodziny, ochronie dziadków i warunkach dopuszczania usuwania babci i/lub dziadka. Kto wie, może i niektórych „niechcianych” wujków i ciocie spotkałby podobny los?

Prawne dopuszczanie pozbywania się dzieci w ramach tzw. aborcji otwiera puszkę Pandory, która pozornie pozostaje zamknięta dlatego, że dorosłych zabija się teoretycznie i praktycznie trudniej od malutkich dzieci. A już na pewno trudniej ukryć jest ich zwłoki. Nie zmienia to faktu, że logiczną konsekwencją degradacji moralności jest właśnie rozszerzanie grup ludzi przeznaczonych do tzw. terminacji, co widzimy na przykładzie legalizacji eutanazji dzieci i ludzi starych. Dlaczego dzieci miałyby uważać, że dorosłych nie wolno się pozbywać, skoro można legalnie pozbyć się dziecka, często zabijając je w państwowym szpitalu na koszt wszystkich podatników?

Spytać też można, dlaczego właściwie analogiczne rozwiązania legislacyjne nie miałyby dotyczyć również polityków? Czy wyborców trzeba zmuszać do heroizmu i tolerowania, a co ważne – utrzymywania niektórych spośród posłów, senatorów czy funkcjonariuszy partyjnych?

Ustawa o planowaniu polityki, ochronie posłów i senatorów i warunkach dopuszczania ich usuwania zezwalałaby zatem na terminację, jeśli:
1) poseł lub senator stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia społeczeństwa,
2) badania lekarskie lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,
3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że dopuszczają się czynów zabronionych albo zdradzają wyborców.

Zastanówmy się nad tym rozwiązaniem i licznymi korzyściami z niego wypływającymi. O ile wtedy poprawiałaby się jakość polityki! Populacja zawodowych polityków utrzymywałaby się na ograniczonym poziomie. I jakie mielibyśmy oszczędności!

Natalia Dueholm
Artykuł ukazał się na http://www.pch24.pl

Aborcje eugeniczne są bardziej traumatyczne od tych „na żądanie”

Niewielu ludzi chce dyskutować o zabijaniu dzieci nienarodzonych z powodów genetycznych czyli eugenicznych. Wraz ze złożeniem 400 tys. podpisów pod projektem ustawy zakazującej aborcji eugenicznych niechętni będą jednak musieli podjąć tę kwestię. Może na wstępie zainteresują się, jaki wpływ na kobiety ma aborcja tego rodzaju?

Nawet środowisko medyczne unika tego tematu, ukrywając przed podatnikami wszelkie związane z nią konkretne informacje. W rozmowie z kobietami, które spotkał dramat poważnej diagnozy ich nienarodzonego dziecka, personel szpitali używa specjalnego kodu językowego, aby zmodyfikować rzeczywistość. To bardzo niewygodny temat. Mówi się o możliwych terminacjach ze względów genetycznych, a nawet do nich namawia w mniej lub bardziej bezpośredni sposób.

Jak słusznie zauważa Lois Wingerson w „Unnatural Selection: The Promise and The Power of Human Gene Research” (1998) niewielu ludzi chce również zajmować się badaniem psychologicznych skutków aborcji genetycznych, czyli w przypadku tzw. chcianych, często zaplanowanych, wyczekiwanych dzieci. Dziennikarka publikująca w „The Economist”, „Science Digest”, „New Scientist” , pisze, że pomimo, że istnieje niewiele analiz, pokazują one, że

Aborcje genetyczne są bardziej traumatyczne od tych „na żądanie”.

Według jednego z badań, dzieje się tak dlatego, że „niszczą one marzenia i nadzieje” i „zmuszają matkę do aktywnego wzięcia udziału w śmierci dziecka, które sobie wyobrażała”.

Cytując prace naukowców z University of Wales, Wingerson pisze, że jakiekolwiek wsparcie udzielone kobiecie podczas konsultacji genetycznej jest „częścią bolesnej rutyny diagnostycznej i nie jest postrzegane jako pomocne na przyszłość”. Co więcej, twórcy tej analizy przedstawiają następstwa aborcji genetycznej, używając określenia „reakcja dotkliwej żałoby” (acute grief reaction), przywołująca skojarzenia z poczuciem głębokiego smutku i straty. Często jednak żałoba ta przeżywana jest bez pochówku (nie ma więc grobu dziecka, na który można przyjść), a nawet zdjęć upamiętniających jego istnienie na świecie, a do tego odbierana jest przez otoczenie jako porażka i zbywana milczeniem. Jedna na cztery kobiety uwzględnione w analizie naukowców z University of Wales nie zaszła w następną ciążę przez kolejne sześć miesięcy po aborcji. Jedna na sześć miała nadal poważne reakcje przeżywania żałoby. Wingerson zaznacza, że walijscy lekarze zalecili, aby każda kobieta usuwająca ciążę z powodów genetycznych, objęta była terapią przez trzy miesiące po niej.

Naukowcy z Yale za to porównywali skutki aborcji genetycznych po amniopunkcji, przeprowadzanych w zaawansowanej ciąży, z tymi w jej pierwszych tygodniach. Jak cytuje Wingerson: „proces żałoby zdaje się być tak samo intensywny i skomplikowany jak w przypadku późnej ciąży”.

Może badania te zainteresują niektórych polityków, przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, Funduszu Zdrowia, Rzeczniczkę Praw Pacjentów czy chociaż studentów medycyny? Na pewno coś można zrobić, aby pomóc kobietom już wmanewrowanym w aborcję eugeniczną. I można też zmienić ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu i warunkach dopuszczania przerywania ciąży, która z lekarzy, personelu szpitalnego i samej kobiety czyni wspólników zabijania nienarodzonych dzieci.

Źródła cytowane przez Lois Wingerson w „Unnatural Selection: The Promise and The Power of Human Gene Research” (1998):

„Grieving the Wanted Child: Ramifications of Abortions after Prenatal Diagnosis of Abnormality”, A. Kolker, B.M. Burke, Health Care Women International 14 (November-December 1993, 513-26.

“Sequelae and Support After Termination of Pregnancy for Fetal Malformation”, Lloyd and K. M. Laurence, British Medical Journal 290 (23 March 1995), 907-909.

“Attitudes of Patients After Genetic Termination of Pregnancy”, P. Donnai, N. Charles, R. Harris, British Medical Journal 282 (21 February 1981), 621-22.

Artykuł ukazał się na Fronda.pl:
http://www.fronda.pl/a/aborcje-eugeniczne-sa-bardziej-traumatyczne-od-tych-na-zadanie,29255.html

Written by prawdaoaborcji

3 lipca, 2013 at 8:26 pm

„Regulacja miesiączki” u Federy

Dane dotyczące aborcji w Polsce chętnie komentują radykalne feministki. Podają też swoje dotyczące tzw. podziemia i turystyki aborcyjnej. Powtarzając, że kobieta jak nie chce urodzić, to zrobi wszystko żeby zrobić aborcję. Tylko czy feministki im aby w tym nie pomagają?

Feministyczne komentarze na temat danych aborcyjnych mogłyby przypominać wypowiedzi mafiosów na temat przestępczości zorganizowanej. Oczywiście gdyby tych ostatnich ktoś o to publicznie zapytał. Nikt przy zdrowych zmysłach tego jednak nie robi. Rzeczywistość jest bowiem taka, że feministki prawo aborcyjne mają w nosie i igrają sobie z nim, jak tylko mogą. Od czasu do czasu niektóre z nich nawet całkiem otwarcie przyznają się do swojego udziału w organizowaniu nielegalnej aborcji. Czy to wyjątki czy raczej reguła? Przeanalizujmy kilka faktów z różnych krajów.

Włochy: nielegalne aborcje w centrum planowania rodziny
Dowiedzieliśmy się niedawno, że 65-letnia Emma Bonino, radykalna feministka i antyklerykałka, została ministrem spraw zagranicznych we włoskim rządzie. W wywiadzie sama wcześniej pochwaliła się swoją własną nielegalną aborcją. Działała również w centrum planowania rodziny, w którym dokonano setek jeśli nie tysięcy nielegalnych aborcji. W młodości celowo dała się zatrzymać przez policję w celu wywołania dyskusji i zmiany prawa aborcyjnego, co zresztą jej się udało. Dostała się do polityki już w wieku 28 lat, właśnie po to, aby walczyć o aborcję. I była członkinią tej samej partii co pornogwiazdka Cicciolina.

Takie taktyki mogą szokować. Jednak dobrze jest uświadomić sobie, że w krajach, gdzie aborcja była (lub jest) nielegalna, feministki tworzą struktury umożliwiające aborcję. Działają na granicy prawa lub po prostu je łamią, nazywając to „obywatelskim nieposłuszeństwem”.

Bezprawne taktyki aborcyjne zwykle bazują na zdawałoby się naiwnym, zabiegu: aby aborcji nie nazywać aborcją, ani przerywaniem ciąży, ale posługiwać się jakimś eufemizmem. Skuteczność tej taktyki zaskakuje.

USA: feministyczna „ekstrakcja miesiączki”
Podobnie było w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych, gdzie działała feministyczna kooperatywa „Jane” z Chicago czy grupa założona w Kalifornii przez Carol Downer. Downer nauczyła się dokonywać aborcji w nielegalnej klinice aborcyjnej Harvey Karmana, fałszywie podającego się za lekarza, który w latach 50-tych doprowadził do śmierci kobiety, wykonując na niej aborcję przy użyciu dziadka do orzechów. Pomimo że Karman otrzymał wyrok dwóch lat więzienia i miał fatalną opinię, nie przeszkadzało to feministkom z nim współpracować. Karman obsługiwał zresztą nie tylko Kalifornię, ale również kooperatywę „Jane”. Specjalizował się w aborcji przy pomocy aspiratora ręcznego (manual vacuum aspirator). Wraz ze skazanym w maju 2013 r. za dzieciobójstwa i śmierć kobiety Kermitem Gosnellem, w 1972 r. przeprowadził również eksperymentalne późne aborcje przy pomocy innej, opracowanej przez siebie metody o nazwie „super coil” (plastikowe śruby działające jak żyletki), które skończyły się tragicznie dla 10 z 13 kobiet.

Regulacja miesiączki: International Planned Parenthood Federation
Po czasie amerykańskie feministki udoskonaliły aparaturę Karmana i wykonywały przy jej pomocy „ekstrakcje miesiączki”. Metoda ta reklamowana była w różnych krajach nie tylko przez nie. Na świat wyprowadziła ją organizacja International Planned Parenthood Federation pod nazwą „regulacja miesiączki”, omijając tym samym krajowe prawa aborcyjne (Do IPPF należy w Polsce Towarzystwo Rozwoju Rodziny, będące członkiem Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). Była to strategia bezpieczna z punktu widzenia legalności nawet tam, gdzie aborcja była zakazana, gdyż przed jej użyciem nie wykonuje się testu ciążowego. Według jej pomysłodawców nie można więc mówić ani o ciąży, ani o zamiarze jej usunięcia.

Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny
Plastikowe aspiratory produkuje obecnie organizacja Ipas. Nic dziwnego, że Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federa) z nią współpracowała i skorzystała z jej pieniędzy. Do łamania prawa aborcyjnego za granicami przyznała się Adrienne Germain z International Women’s Health Coalition, która rozwoziła po świecie aspiratory ręczne w prywatnej walizce. Frances Kissling (związana również z Ipas) z antykatolickiej Catholics for Choice pomagała stworzyć nielegalne centra aborcyjne w Meksyku i Włoszech. Organizacje te również wspierały Federę.

Sama Federa reklamuje na swojej stronie internetowej pewną zagraniczną organizację, która wysyła Polkom tabletki aborcyjne. Czy celem kierowania do tej grupy nie jest przypadkiem podwyższanie statystyk aborcyjnych?

To jednak nie wszystko. Federa odsyłała również kobiety na „regulację miesiączki”. Tak przynajmniej napisała Wanda Nowicka i Sandra Coliver w „The Right to Know: Human Rights and Access to Reproductive Health Information”, wydanej w 1995 r. (w czasie, kiedy obowiązywała ta sama ustawa, co teraz):

„Federacja obsługuje gorącą linię, aby odpowiadać na pytania kobiet próbujących zrozumieć ich prawa i opcje według nowego prawa. Chociaż nie może i nie odsyła wprost na aborcję, odsyła kobiety do lekarzy na zakres opieki, łącznie z „regulacją miesiączki” (aspiracja próżniowa po opuszczonej miesiączce dokonanej pozornie tak aby zapewnić szybkie przywrócenie regularnych okresów).

“The Federation operates a hotline to answer questions from women trying to understand their rights and options under the new law. Although it may not, and does not, expressly make referrals for abortion, it does refer women to doctors for a range of care, including “menstrual regulation” (vacuum aspiration following a missed period ostensibly performed so as to ensure prompt resumption of regular periods)”.

Warto podkreślić, że regulacja miesiączki została wzięta w cudzysłów. A gdyby ktoś podejrzewał, że mogło chodzić o podanie środków farmakologicznych, informacja w nawiasie wyjaśnia, że chodzi o metodę chirurgiczną, w rym wypadku próżniową przy pomocy aspiratora.

Zaskakująca jest skuteczność tej taktyki ukrywania czynów karalnych: przerywania ciąży niezgodnie z ustawą i przeprowadzania eksperymentów medycznych na kobietach w ciąży przy pomocy eufemizmu „regulacja miesiączki”. Dlaczego, przy całej oczywistości procederu, przestępstwa te nie są ścigane? Czy prokurator nie widzi, że za „zabiegiem regulacji miesiączki” kryje się aborcja? Czy może jest to efekt jakiejś milczącej umowy aborcjonistów z przedstawicielami władzy – przyzwolenia na działanie, a nawet obietnicy dotacji, pod warunkiem, że cele nie będą zbytnio kłuć w oczy?

Czy zatem feministyczna sugestia, że kobiety zrobią wszystko, żeby dokonać aborcji jest prawdziwa? Tego nie jestem pewna. Wygląda na to, że feministki prawdopodobnie tak. Czy nic ich nie zatrzyma?

Natalia Dueholm
Artykuł ukazał się na portalu http://www.fronda.pl
Zamieszczamy za zgodą red. Naczelnego.

Aborter z horroru i sprawa polska

Szokująca sprawa „abortera z horroru”, Kermita Gosnella, skazanego na dożywocie za dzieciobójstwo i zabójstwo kobiety, poprzez różne organizacje prowadzi nas do Polski. Każe również postawić pytanie: czy gdyby działał w polskich szpitalach, nie byłby przypadkiem zupełnie nietykalny?

W procesie Gosnellowi postawiono 300 zarzutów, w tym morderstwa i zabójstwa, zapisanych na 14 stronach. 72-letni „lekarz” zabijał dzieci nienarodzone i już urodzone. Gdy do jego śmierdzącej i brudnej „kliniki” weszła policja, znaleźli w niej dzieci upchnięte w lodówkach. W słoikach trzymał osobno dziecięce stopki. Policjanci trafili do niego nie dlatego, że walczyli z aborcją, lub mieli podejrzenia, że łamie prawo aborcyjne. Ich najazd wiązał się z handlem silnymi lekami, który Gosnell prowadził niejako na boku.

Specjalista od ścinania dziecięcych głów
Znany był jednak najbardziej z przeprowadzania aborcji i do niego kierowały kobiety różne centra planowania rodziny z całego kraju. Gosnell opracował swoją własną metodę na zabijanie. Nazwał ją „snipping” (ścinanie), którego efektem było odcięcie głowy dziecka poprzez wycięcie nożycami rdzenia kręgowego. Zeznający w procesie lekarz zaświadczał, że dzieci te umierały w strasznych męczarniach. Aborterzy specjalizujący się w tzw. późnych aborcjach mają opracowane swoje sposoby „terminacji”. Niektórzy dobijają żywo urodzone dzieci duszeniem, inni topią lub skręcają im karki. A jeszcze inni zostawiają je, aby umarły z zimna i głodu.

Dzieciobójca Gosnell i jego koledzy
„Ścinanie” to nie jedyna metoda, którą w czasie swojej praktyki stosował Gosnell. W 1972 r., w Dzień Matki wraz ze skazanym wcześniej za zabójstwo kobiety, Harveyem Karmanem, dokonał eksperymentalnych, późnych aborcji na biednych Murzynkach. Karman był „ekspertem” zatrudnionym przez International Planned Parenthood Federation (do przeprowadzania aborcji w Bangladeszu) i USAID. Obecnie wynalezione przez niego plastikowe aspiratory do aborcji sprzedaje Ipas. Wspominam te organizacje, ponieważ wszystkie one finansowały działalność Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Co więcej, Murzynki dowiozła do Pensylwanii z Chicago Marle Goldberg z International Women’s Health Coalition (wtedy National Women’s Health Coalition)- grupy, która również finansowała działalność Wandy Nowickiej i Federy.

Podczas późnych aborcji w Dzień Matki Gosnell z Karmanem nie zastosował aspiratorów, ale zwinięte, plastikowe śruby, które miały się rozwinąć w łonie kobiety i posiekać dziecko jak żyletki. Dziecko miało być potem częściowo wydalone, a częściowo wyszarpane przy pomocy kleszczy. Metoda została nazwana „super coil abortion”, a jej ofiarami padło 13 kobiet i ich dzieci. 9 matek miało po niej mniej lub bardziej poważne komplikacje. Wszystkie ich dzieci zostały uśmiercone w sposób eksperymentalny. Karman zapewniał, iż metoda nie wiązała się z żadnymi znaczącymi komplikacjami, więc mógł nią posługiwać się personel paramedyczny.

Nikogo nic nie obchodzi
Po tym „eksperymencie”, ani Gosnell ani Karman nie trafili do więzienia. Rada lekarska nie odebrała im prawa wykonywania zawodu (Karman miał tylko podejrzany dyplom psychologii). Eksperymentalnej masakry broniły nawet feministki. Podobnie było 40 lat później, kiedy odkryto jego klinikę z horroru. Nikt nie reagował na informacje, że kobiety, które były w jego klinice, zarażane są chorobami wenerycznymi. StanoweRada Lekarska i Departament Zdrowia nie zareagowały nawet po śmierci kobiety. Kolejni gubernatorzy Pensylwanii, zarówno z Partii Demokratów, jak i Republikanów, realizowali politykę niekontrolowania aborcyjnych centrów planowania rodziny. Nie można przecież utrudniać kobietom dostępu do aborcji- taka była ich polityka. I podobna przyświeca decydentom w Polsce.

Polski Gosnell z Warszawy Próbę wymierzenia sprawiedliwości polskiemu Gosnellowi już przeszliśmy. W „Życiu Warszawy” (2006 r.) pojawił się tekst „Noworodki bez ratunku” na podstawie relacji położnej, która w 1997 r. była świadkiem pozostawiania na śmierć dzieci z terminacji ciąży oraz zmieniania dokumentacji medycznej w sprawie noworodków, które przeżyły sztucznie wywołany poród w stołecznym szpitalu. Dzieci 22-25 tygodniowe, „wyrwane siłą z macicy” miały być odkładane na zimną miskę (nerkę na odpadki), zawinięte w serwetę i odstawiane na szafkę, aby tam zmarły. Według Fundacji Nazaret, z relacji ludzi wynikało, że przypadki pozostawienia noworodków na śmierć miały miejsce w całej Polsce. Prokuratura Okręgowa w Warszawie miała zająć się śledztwem. Jej rzecznik jednak dość szybko zapewnił, że „nie mowy o zabójstwie”, ale raczej o „urzędniczym zaniechaniu”, a potem o znieważeniu zwłok. Wygląda na to, że sprawa nie mogła mieć żadnego pozytywnego ciągu. Została umorzona.

Prawda zbyt straszna?
Wygląda na to, że polskie organy zachowały się tak, jak w przypadku Gosnella. Obecna ustawa aborcyjna zezwala na aborcję eugeniczną do momentu osiągnięcia dojrzałości wystarczającej do życia poza organizmem matki. Za ten „moment” przyjmuje się 23-24 tydzień ciąży (choć wiele zależy nie tyle od wieku dziecka, a od wagi,), czyli szósty miesiąc. W przypadku ratowania życia i zdrowia matki nie ma żadnej ustawowej granicy czasowej. „Dla zdrowia matki” legalnie można więc zabić 9-miesięczne dziecko, byle wszystko zgadzało sie w papierach. Kiedy dowiemy się, jakie metody stosują polscy aborterzy w publicznych szpitalach? Czy w przypadku sygnałów o łamaniu ustawy aborcyjnej możemy liczyć na instytucje odpowiedzialne: NFZ, Ministerstwo Zdrowia, Sprawiedliwości, rozmaitych Rzeczników, Prokuraturę?

Skazany na dzieciobójstwo Gosnell spędzi resztę życia w więzieniu. Tam nie będzie mógł się cieszyć swoim bogactwem: motorówką, samochodami czy 17 nieruchomościami. Ale być może będzie mógł sobie wygrywać na pianinie Szopena, tak jak we własnym domu. Będzie miał spokój i dużo czasu do zastanowienia. Tymczasem polski Gosnell i jego „koledzy po fachu” czekają na uczciwy sąd i na tych, którzy zgodzą się przeciw nim zeznawać.

Natalia Dueholm

Artykuł ukazał się na http://www.pch24.pl

Więcej pigułek, więcej aborcji: przykład Szwecji

Media obiegła ostatnio wiadomość, że Stany Zjednoczone obniżyły dostępność tzw. pigułki „po” dla piętnastolatek. To oczywiście w ramach propagandowej walki z ciążami. Jaki będzie rezultat? Zerknijmy na Szwecję, cytowaną przez lewicowe środowiska jako wzór do naśladowania.

W artykule „Abortions more common despite morning-after pill” z 15 marca 2013 r. na szwedzkim portalu “The Local”:
http://www.thelocal.se/46740/20130315/ czytamy, że od czasu wprowadzenia tej pigułki liczba aborcji w Szwecji wzrosła.
Antykoncepcja „po stosunku” nie jest w Szwecji czymś nowym. Została wprowadzona na rynek ponad dekadę temu, w 2001 r. i w tym czasie jej sprzedaż sie podwoiła. Wskaźnik aborcji wzrósł za to z 18,4 na 1000 kobiet (w 1997 r.) do 20,9 w 2012 r.

Cytowana w artykule Catharina Zätterström, przedstawicielka Szwedzkiego Stowarzyszenia Położnych nie może tego zrozumieć: „Naprawdę mieliśmy nadzieję, że miałaby ona taki wpływ, ale to nie zadziałało. To bardzo dziwne i smutne. Nie ma nic złego, że sprzedaż [pigułek „po”] wzrosła, ale byłoby lepiej, gdybyśmy mogli znaleźć funkcjonującą antykoncepcję”- narzekała.

Tzw. eksperci oczywiście mają na to swoje wytłumaczenie, choć w artykule cytowany jest tylko jeden. Oczywiście winią za to po pierwsze użytkowniczki, a nie producentów potencjalnie wadliwego wynalazku. Według Iana Milsoma, profesora ginekologii i położnictwa z Gothenburg University, jest tak, bo „ludzie nie zawracają sobie głowy antykoncepcją. Statystyki aborcyjne u nastolatek wyglądają dobrze. Obszarem problemowym jest grupa wiekowa od 20 do 24 lat, gdzie trend wygląda najbardziej przygnębiająco.”

Darmowa antykoncepcja nie hamuje aborcji
Dlaczego producenci antykoncepcji nie są specjalnie atakowani, można się łatwo domyślić. Duża grupa ginekologów jest od nich finansowo zależna. Ale nie można jednak całkowicie odrzucić wyjaśnień profesora Milsoma, który nie wspomniał, że nie ma metod antykoncepcyjnych skutecznych w 100%. Przyczyn zwiększenia liczby aborcji w połączeniu z większym dostępem do antykoncepcji jest zapewne kilka.

Profesor Milsom miał zapewne na myśli fakt, że kobiety miewają dość ubocznych skutków antykoncepcji i robią sobie od niej przerwę. Od czasu do czasu zapominają tabletki połknąć i nic ich do tego nie zmusi. A zresztą, po co codziennie o tym myśleć, skoro aborcja to „mniejsze zawracanie głowy” (na pewno w umysłach proaborcyjnych) i która finansowo „nic” nie kosztuje (antykoncepcja zresztą też nie, co warto podkreślić)? Aborcjoniści powtarzają przecież, że „zabieg” trwa krótko i z niczym negatywnym się nie wiąże. Osoby uprawiające seks pod wpływem alkoholu nie myślą o zakładaniu prezerwatywy. W wielu szwedzkich umysłach seks jest naprawdę wolny od wszelkich konsekwencji, bo tak czy inaczej „sprawę można załatwić”. Trudno powiedzieć, że w Szwecji aborcja jest szczególnie piętnowana społecznie, więc dlaczego właściwie kobiety miałyby z niej nie korzystać? Fakt, że u nastolatek aborcji jest w tym momencie mniej można zapewne wyjaśnić tym, że uprawiają one seks rzadziej od 20-24 latek. Poza tym, spadek ten jest statystyczny i dotyczy całego kraju. Aborcje u nastolatek nadal są bardzo częste na największej wyspie Gotlandii, w centralnym rejonie Värmland i regionie Sztokholmu (o czym jednak profesor Milsom nie wspomniał).

W zaobserwowanym trendzie nie ma absolutnie nic dziwnego. Prawidłowość tę obserwuje się, opisuje i dokumentuje od dawna i to nie tylko w Szwecji, ale także w Wielkiej Brytanii, Szkocji, Chinach, czy w mniejszych studiach w rejonie San Francisco. W Stanach Zjednoczonych mniej więcej połowa klientek klinik aborcyjnych używała jakiejś metody antykoncepcyjnej. Z 23 studiów dokonanych pomiędzy 1998 a 2006 w 10 krajach, żadne nie pokazało spadku aborcji wraz z wprowadzeniem antykoncepcji „po”. Analizy tych badań dokonał James Trussell z Uniwersytetu Princeton: http://www.usccb.org/issues-and-action/human-life-and-dignity/contraception/fact-sheets/emergency-contraception-fails-to-reduce-unintended-pregnancy-abortion.cfm

Wszyscy ci, którzy chcą się naprawdę dowiedzieć, a nie wierzyć w hipotetyczne założenia promotorów antykoncepcji (często wynajętych przez firmy farmaceutyczne), mają co analizować. Przy okazji warto jednak zaznaczyć, że zauważony wzrost aborcji jest i tak zaniżony, gdyż nie uwzględnia aborcyjnego efektu tzw. antykoncepcji postkoitalnej, w ogóle każdej antykoncepcji, ze szczególnym uwzględnieniem stosowania spirali.

Aborcja na żądanie do 18 tygodnia
Niestety prawda jest taka (i znowu zadziwiająca dla niektórych), że od lat statystyki aborcyjne Szwecji rosną (z małą przerwą): http://www.johnstonsarchive.net/policy/abortion/sweden/ab-swac.html. Trudno uwierzyć, aby się to miało szybko zmienić. Aborcja jest dozwolona na żądanie do 18 tygodnia, a nawet – z teoretycznymi restrykcjami (wymagana zgoda) – do 22 tygodnia. Prawo to wprowadzono w 1975 r., czyli w okresie, kiedy to ruchy kontroli liczby ludności były na świecie szczególnie głośne. Warto również podkreślić, że kraj ten znany jest z tradycji eugenicznej i związanych z nią nadużyć na polu łamania praw człowieka. W 2010 r. zanotowano w Szwecji 37 tys. 693 aborcji. W tym samym roku odnotowano wzrost tych po 18 tygodniu, których było 410. W Szwecji zdarzają się żywe urodzenia w trakcie aborcji. Według szpitalnej procedury, dzieci wyabortowane po 12 tygodniu są umieszczane w malutkich trumnach i wysyłane do krematorium, po czym grzebane w ziemi. Publikacja artykułu Nicolasa Espinozy i Martina Petersona „Time for society to broaden its view on abortion”, w którym sugerowali, że szwedzkie prawo jest zbyt permisywne, nie znalazł zbyt dużo zrozumienia wśród polityków. Szwecja ma naprawdę bardzo dużo do naprawienia.

Co z edukacją seksualną, porno i gwałtami?
Seksualizacja młodych trwa tam mniej więcej od wprowadzenia przymusowej edukacji seksualnej już w 1955 r. i rozpoczyna się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Znana jest nie tylko z akceptowania nagości w miejscach publicznych, ale również z filmów łamiących wszelkie tabu. Szwedzi już dawno oswoili się z homoseksualizmem, kazirodztwem, pedofilią i pornografią. Szwecja była nawet w tym względzie pionierem. Miała swojego króla pornoimperium, Bertha Miltona Seniora już w latach 60-tych. Po jego śmierci biznes ten przejął jego syn. Stworzyli oni gigantyczny porno biznes Private Media Group, który został nawet wprowadzony na giełdę. Na szczęście tolerancja dla tego typu filmów nie jest już taka jak kiedyś. Krajowa Organizacja Schronisk dla Kobiet (ROKS) walczy o nagłośnienie związku pomiędzy przemocą w filmach pornograficznych a wzrostem przemocy wobec kobiet. Według raportu Komisji Europejskiej, Szwecja jest stolicą gwałtów z wynikiem 46,5 na 100 tys. ludzi: http://www.thelocal.se/19102/20090427/. Tylko częściowo można to wytłumaczyć szeroką definicją gwałtu w szwedzkim prawie. Eksperci podkreślają, że problem naprawdę istnieje. Według raportów policji z 2010 r. Szwecja była drugim krajem na świecie pod względem zgłaszania gwałtów z wynikiem 63 na 100 tys. Kraje, które przodują w tej strasznej statystyce to równocześnie kraje znane z genderowej inżynierii społecznej. W Szwecji „genderowa równość” wpajana jest nie tylko w szkołach, ale i w reklamach społecznych.

Raj dla niepłodnych?

Informacje o aborcji i antykoncepcji w Szwecji warto zestawić również z inną wiadomością, która ukazała się prawie równocześnie ze wspomnianym tekstem w „The Local”. Jak napisała „Rzeczpospolita” http://www.rp.pl/artykul/252714,991340-Szwecja–osoba-w-ciazy.html, co szósta para nie może tam mieć potomstwa. Wygląda jednak na to, że in vitro nie wystarcza. Dlatego właśnie Szwecja legalizuje surogatki, aby umożliwić niepłodnym parom posiadanie dzieci. Szwedzi płacą kobietom na Ukrainie i w Indiach, aby urodziły im dziecko. Zapłodnione komórki in vitro będzie tam również można przekazywać obcym osobom. Szwedzki rząd wystąpił również z propozycją zniesienia wymogu sterylizacji w przypadku zmiany płci. Bierze pod uwagę, że kobiety transseksualne będą mogły mieć dziecko. Aby uniknąć niezręczności i zamieszania, chcą zastąpienia określenia „kobieta w ciąży” terminem „osoba w ciąży”. Tak wygląda szwedzki raj. Chcą nam taki stworzyć w Polsce.

Natalia Dueholm, artykuł ukazał się na http://www.pch24.pl
http://www.planetaludzi.salon24.pl
http://www.prawdaoaborcji.wordpress.com
http://www.za-zyciem.pl
http://www.edukacjadomowa.piasta.pl

Written by prawdaoaborcji

23 Maj, 2013 at 3:04 pm

Miliony euro na aborcje

Miliony euro na aborcje
W raporcie „Finansowanie aborcji w ramach unijnej pomocy dla rozwoju” z 2012 r. organizacja European Dignity Watch (EDW) ujawniła, że dwóch największych wykonawców aborcji na świecie otrzymuje finansowanie z Unii Europejskiej (UE). Powodów, dlaczego tak nie powinno być, jest wiele.

Odbiorcami tych funduszy są International Planned Parenthood Federation (IPPF) i Marie Stopes International (MSI), zarejestrowane w Wielkiej Brytanii jako organizacje charytatywne ze statusem non-profit.

Dla kogo miliony?
To im Komisja Europejska przyznała fundusze na projekty m.in. w Kambodży, RPA, Bangladeszu czy Papui-Nowej Gwinei. Warto zaznaczyć, że w tych dwóch ostatnich krajach aborcja jest legalna tylko w przypadku ratowania życia matki. Z danych raportu EDW wynika, że w latach 2005-2010 MSI otrzymała z funduszu unijnego prawie 16 mln funtów (ponad 18 mln euro). Rozmiar dotacji przyznanych IPPF nie jest możliwy do wyodrębnienia na podstawie dokumentów ujawnionych przez UE. Wiadomo jednak, że chodzi o wielomilionowe sumy.

Z pieniędzy tych skorzystały filie MSI i IPPF w poszczególnych krajach. Sama IPPF ma ich wszystkich ponad 150 na świecie. Polskim jej odpowiednikiem jest Towarzystwo Rozwoju Rodziny, będące członkiem Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Niektóre z organizacji członkowskich IPPF prowadzą kliniki aborcyjne, czy specjalizują się w sprzedaży antykoncepcji własnej marki (np. organizacja Profamilia w Republice Dominikańskiej). Zaś do IPPF należy prywatna spółka handlowa International Contraceptive & Srh Marketing Ltd (ICON), która wyposaża kliniki na całym świecie w antykoncepcję, prezerwatywy i inne towary związane ze „zdrowiem reprodukcyjnym”. Zajmuje się też rozwijaniem własnych produktów, m.in. antykoncepcją postkoitalną. Działa również w sektorze komercyjnym, dostarczając towarów aptekom i innym sprzedawcom w sprzedaży detalicznej. Pozostaje więc zadać pytanie, dlaczego Komisja Europejska miałaby wspierać pieniędzmi podatników tego typu organizacje? Można też pójść dalej i zastanowić się, dlaczego jakakolwiek organizacja promująca aborcję, a nieposiadająca prywatnej firmy, miałaby być odbiorcą grantów z funduszy publicznych UE?

Brak podstaw prawnych
Po pierwsze, przeznaczanie przez unijne organy takich dotacji nie ma podstaw prawnych. Prawo do aborcji nie jest zawarte w żadnym traktacie międzynarodowym powstałym na forum ONZ. Nie można jej również znaleźć w definicji zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego UE, które w sposób jasny ją z nich wyłączają (aborcja nie może być uznana za metodę planowania rodziny). Eksperci m.in. z zakresu prawa, zdrowia publicznego, organizacji pozarządowych potwierdzili w Artykułach z San José, że międzynarodowe prawo do aborcji nie istnieje. Wygląda więc na to, że jest ono fabrykowane przez środowisko lobbystów, które wymusza interpretację dokumentów międzynarodowych wedle swoich prywatnych preferencji. Takie sugestie, proponowane przez utworzone przez nich komitety, nie mają jednak ani żadnej podstawy prawnej ani znaczenia z punktu widzenia tworzenia prawa.

Po drugie, warto również przypomnieć, że w UE aborcja jest w niektórych krajach prawie całkowicie nielegalna (Malta, Irlandia, Irlandia Północna, Polska, Andora) i karalna, a w innych regulowana (ograniczenia ze względu na długość ciąży). Oznacza to, że w UE nie można mówić o uznaniu jej za zwykłą procedurę medyczną. Podobnie jest w wielu krajach Afryki, a także Bliskiego Wschodu, Ameryki Łacińskiej czy Azji, gdzie jej zakaz należy rozumieć jako dość typowy.

Po trzecie, regulowanie aborcji nie leży w gestii organów unijnych, a organów ustawodawczych poszczególnych krajów. Wydaje się więc rozsądne, aby UE nie angażowała się finansowo w realizowanie czynności, które pozostają poza jej kompetencjami, w szczególności zakazanych, karalnych i silnie regulowanych (a do tego nieakceptowanych społecznie), tym bardziej, że nie wypracowała mechanizmów weryfikacyjnych, gwarantujących przebieg ich realizacji zgodnie z prawem w tak odległych krajach.

Prawdziwe potrzeby
Po czwarte, w sytuacji braku wody i środków pierwszej pomocy w wielu krajach afrykańskich, finansowanie sprzętu aborcyjnego, w tym zamawianie do tego celu aspiratorów ręcznych, wydaje się, jeśli nie niezgodne z prawem, to – co najmniej niestosowne. Co więcej, trudno wyjaśnić je troską o życie i zdrowie lokalnej ludności. W jaki sposób miałoby to pomóc kobietom niedożywionym i cierpiącym na anemię? Zamiast tworzenia oddziałów ginekologicznych, gdzie kobiety mogłyby bezpiecznie rodzić, finansowana jest aborcja pod pozorem zwalczania śmiertelności okołoporodowej matek. Jak pokazują statystyki, kraje z nielegalną aborcją (Irlandia, Polska, Malta) mają pod tym względem jedne z najlepszych (czyli najniższych) wyników na świecie.

Jak podaje CIA World FactBook w przypadku Malty odnotowuje się na 100 tys. żywych urodzeń 8 przypadków śmiertelnych kobiet, Polski – 5, Irlandii – 6. Dla porównania, kraje wysokorozwinięte z aborcją na żądanie, jak na przykład Wielka Brytania, ma ich 12, USA – 21. W RPA z legalną aborcją i do tego dotowaną przez UE ten wskaźnik wynosi – 300 (wszystkie dane z 2010 r.). Nie ma więc dowodów uzasadniających potrzebę dostępu do aborcji w ramach troski o zdrowie kobiet ciężarnych.

Pogwałcenie praw człowieka
Po piąte, nie można ignorować faktu, że w wielu krajach aborcja została zalegalizowana dla celów kontroli liczby ludności (np. Indie, Japonia) z pogwałceniem praw człowieka. Najbardziej jaskrawymi przykładami są tu przymusowe aborcje i sterylizacje, jak również dystrybucja antykoncepcji bez poszanowania prawa nabywcy do informacji o produktach i ich skutkach ubocznych. Nie bez przyczyny Rozporządzenie Rady i Parlamentu Europejskiego w sprawie pomocy w odniesieniu do polityk oraz działań i praw dotyczących zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego w krajach rozwijających się z 2003 mówi, że: „Na podstawie niniejszego rozporządzenia, nie przewiduje się popierania jakichkolwiek zachęt do przeprowadzania sterylizacji lub aborcji lub do niewłaściwego testowania metod antykoncepcyjnych w krajach rozwijających się”. Zapis ten pojawił się jednak, ponieważ liczne takie przypadki miały miejsce i dyskutowano o nich na konferencjach międzynarodowych (m.in. w Kairze w 1995 r.). Należałoby się zastanowić, czy dotowanie (sponsorowanie?) aborcji przez organy unijne nie mogłoby być uznane za niebezpośrednią formę „zachęty” do jej przeprowadzania czy korzystania z niej.
Nie można również zapomnieć o tym, że nie tylko rządy niektórych państw, ale wiele organizacji proaborcyjnych brało bezpośredni lub pośredni udział w nadużyciach związanych z realizacją tzw. polityki planowania rodziny i „niewłaściwym testowaniu metod antykoncepcyjnych”. Jak wyjawiła w „Reproductive Rights and Wrongs” prof. Betsy Hartmann o poglądach pro-choice, pomimo, że IPPF z zasady była przeciwna stosowaniu zachęt i nagród motywacyjnych, w praktyce często współpracowała z władzami krajów, które je stosowały w programach planowania rodziny. Promowała również dystrybucję pigułki antykoncepcyjnej i jej sprzedaż detaliczną bez recepty, czyli bez żadnego uprzedniego badania i kontroli, ignorującą wszelakie ryzyko zdrowotne. W „The War Against Population” ekonomistka Jacqueline Kasun podaje też, że IPPF przekazywała fundusze Chinom na ich intensywną politykę populacyjną, obejmującą także przymusowe aborcje.

Kontrola liczby ludności
Co więcej, jak pisze w „Woman’s Body, Woman’s Right” prof. Linda Gordon o poglądach pro- choice, krótko po założeniu IPPF jej praca skoncentrowała się na kontroli liczby ludności, zaś ze strony internetowej jej firmy ICON nadal można wyczytać zatroskanie wzrostem populacji. Choć mity związane z przeludnieniem zostały dawno obalone, zdają się być wciąż propagowane przez organizacje, które dzięki nim mają rację bytu. Jacqueline Kasun, krytykująca je jako rodzaj centralnego planowania, pokazuje jasno, że ograniczanie liczby ludności pociąga za sobą zarówno zawężenie puli konsumentów, jak i producentów, co oczywiście przynosi negatywne skutki ekonomiczne. W obliczu załamania gospodarczego i związanego z nim zagrożeń spowodowanych depopulacją w wielu krajach Europy, UE powinna uznać przyrost demograficzny za co najmniej neutralny, jeśli nie potrzebny i korzystny dla rozwoju danego kraju.

Ingerencja w sprawy wewnętrzne
Ostatnim, lecz nie mniej ważnym powodem jest fakt, że finansowanie aborcji w krajach afrykańskich postrzegane jest jako ingerencja w ich wewnętrzne sprawy i brak poszanowania krajowych obyczajów, religii i systemu moralnego. Jest próbą narzucania pewnego modelu rodziny z pogwałceniem prawa do rodziny wielodzietnej, będącego odzwierciedleniem osobistych i rodzinnych potrzeb, a czasem również i symbolem wysokiego statusu (szczególnie w Nigerii). Ten rodzaj ingerencji odbierany jest jako przykład nowego imperializmu i neokolonializmu europejskiego. Sytuacja ta jest zrozumiała szczególnie z punktu widzenia tych społeczeństw, które już spotkały nadużycia w ramach sponsorowanych programów zdrowotnych (m.in. Bangladesz, RPA), czy tych rejonów afrykańskich, gdzie jednym ze skutków ich forsowania jest 40% niepłodność wśród kobiet. Finansowe wspieranie organizacji aborcyjnych z długą tradycją działań antynatalistycznych trudno więc uznać za rozsądną formę polityki zagranicznej, mającą przynieść dobre relacje i korzyści ekonomiczne państwom UE.

Wycofać dotacje
Z powyższych względów UE powinna się więc nie tylko wycofać z przyznawania dotacji organizacjom proaborcyjnym, ale też wprowadzić na tym polu odpowiedni zakaz. Jako przykład może posłużyć regulacja, wprowadzona w 1984 r. przez Stany Zjednoczone pod nazwą Mexico City Policy, zabraniająca przekazywania funduszy tego typu organizacjom. Prawo to obowiązywało od 1984 do 1993 r., potem zostało zniesione przez proaborcyjnego prezydenta Billa Clintona, na nowo wprowadzone w życie przez George’a Busha w 2001 r. i ponownie zniesione przez prezydenta Obamę w 2009 r.

Jeden z nas”
Bezprecedensowa inicjatywa obywatelska „Jeden z Nas” http://www.jedenznas.eu wychodzi właśnie temu naprzeciw. Ma ona na celu zebranie miliona podpisów pod projektem prawa zabraniającego finansowania organizacji zajmujących się szerzeniem aborcji lub eksperymentowaniem z embrionalnymi komórkami macierzystymi, a co za tym idzie ich niszczeniem.

Podstawą jej powstania jest orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS, nie mylić z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu) „Brüstle przeciwko Greenpeace” z 2011 r. w sprawie dotyczącej możliwości uczynienia przedmiotem patentu technologii lub produktów, których powstanie wiąże się z niszczeniem embrionów ludzkich. Strona skarżąca (naukowiec Oliver Brüstle) domagała się uznania możliwości uzyskania patentu dla własnego wynalazku, który wiązał się z niszczeniem embrionów. ETS uznał, że na gruncie prawa europejskiego nie jest to możliwe, bowiem prawo to nie dopuszcza możliwości patentowania wynalazków wytworzonych z człowieka, zaś embrion ludzki, niezależnie od tego, w jaki sposób został powołany do bytu, należy traktować jako człowieka właśnie. Jak wyjaśnił dr hab. Aleksander Stępkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, wynika z niego, że „ochrona prawna, przysługująca człowiekowi na gruncie europejskiego prawa patentowego, musi dotyczyć wszystkich jego faz rozwojowych i obejmować również życie w fazie embrionalnej, począwszy od momentu zapłodnienia”. Decyzja ta chroni godność ludzką w prawie patentowym i powinna stanowić zasadniczą przeszkodę dla komercyjnych zapędów twórców wynalazków biotechnologicznych eksploatujących i niszczących ludzkie embriony. ETS dokonał oficjalnej wykładni prawa europejskiego, fakt ten powinien mieć zatem znaczenie dla funkcjonowania wszystkich organów Unii. Dlatego więc należy zadać pytanie o zasadność finansowania przez Komisję Europejską aborcyjnych procedur niszczenia embrionów, których dokonuje się w klinikach należących do MSI czy IPPF. Czyżby ochrona ludzkiej godności miała dotyczyć jedynie mieszkańców Unii Europejskiej, a już nie mieszkańców Bangladeszu lub Papui-Nowej Gwinei?

Jeśli UE nie potraktuje akcji „Jeden z Nas” poważnie, będzie to podstawą do uzasadnienia stwierdzenia, że jednym z głównych sposobów prowadzenia polityki zdrowotnej i promowania rozwoju ekonomicznego jest restrykcyjna polityka populacyjna, nie licząca się z godnością ludzi, którym przyszło począć się poza Europą. Trudno nie zauważyć, że UE czyni z niej zarazem nader lukratywny proceder dla organizacji bezpośrednio weń zaangażowanych. Czyżby Komisja Europejska afirmowała poglądy firmy IPPF, ICON, która na swojej stronie internetowej pisze: „Biorąc pod uwagę szybkość, z jaką wzrasta ludzka populacja, obciążenie, które wywiera na środowisko jest powodem do niepokoju”?

Natalia Dueholm

Tekst ukazał się w piśmie „Głos dla Życia”.

Aborcyjni lobbyści z Wall Street

Rząd Polski nie odwołał się od decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w tzw. sprawie „Agaty” (P&S przeciwko Polsce). Lobby prawników z Center for Reproductive Rights, które po raz kolejny zaskarżyło Polskę, zapewne to bardzo ucieszy. Wszystko przebiega zgodnie z planem wprowadzenia na całym świecie niczym nieograniczonego prawa do aborcji dla dziewczynek i kobiet na koszt podatników.

Można się domyślać, że odmowa odwołania się od tego wyroku to swego rodzaju złośliwość pod adresem ministra Gowina, który według premiera Tuska zachował się niepoprawnie w kwestii głosowania nad związkami partnerskimi dla homoseksualistów. Niestety to chyba również dowód na to, że zgodność polskiego prawa z Konstytucją nie interesuje zbytnio premiera Tuska, podobnie jak jego obrona w Europejskim Trybunale. Sprawa odwołania w sprawie P&S miała przecież ogromne szanse powodzenia, jak wyjaśniła to w swojej analizie dr Joanna Banasiuk z Centrum Prawnego Ordo Iuris:http://www.ordoiuris.pl/zasadnicze-watpliwosci-prawne-co-do-tresci-wyroku-etpcz-w-sprawie-p-s-przeciwko-polsce,3202,analiza-prawna.html

A może są jeszcze inne sprawy zakulisowe, pokazujące dlaczego w Polsce gra się kartami wykładanymi przez prawników z jednego z biur organizacji Center for Reproductive Rights (CRR), zlokalizowanego na stałe na Wall Street?

Skąd mamy wiedzieć, że korzystne dla aborcyjnego lobby zaniechanie wynika tylko z politycznej gry lub politycznej nieudolności i nie ma podtekstu, czy raczej powiązań finansowych? W Polsce milczy się na ten temat, być może dlatego, że szefowa polskiej organizacji reprezentującej interesy CRR zajmuje eksponowane stanowisko polityczne. Tak długo, jak nie zacznie się temu zagadnieniu poświęcać baczniejszej uwagi w Polsce, możemy się tylko domyślać.

W USA jednak metody działania takich lobbystów znane są dość dobrze.
Ich strategię i taktyki poznała lepiej amerykańska opinia publiczna i Kongres niecałe 10 lat temu. Podczas sesji Izby Reprezentantów kongresman Christopher Smith ujawnił tajne zapisy sesji strategicznej CRR ukazującej „zwodnicze praktyki („deceptive practices”) lobby aborcyjnego” w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Jak powiedział, są one ważne dla opinii publicznej, dlatego celowo umieścił je w archiwum Kongresu do publicznego wglądu:

Click to access CREC-2003-12-09-pt1-PgE2534-2.pdf

Autentyczności tych dokumentów CRR nigdy nie zaprzeczył. Domagał się za to ich zwrotu w stanie nieużywanym i groził osobie, do której je anonimowo wysłano, wejściem na drogę sądową tłumacząc, że ich upublicznienie wyrządziło i wyrządzi CRR „szkody nie do naprawienia”. Jak wyjawił kongresman, podczas tych sesji strategicznych jeden z członków zarządu CRR powiedział, że “musimy walczyć bardziej twardo i być trochę bardziej brudni” („We have to fight harder, be a little dirtier”). Czy to były tylko puste słowa?

Z analizy działań CRR dziś wiemy już, że głównym celem organizacji jest wprowadzenie światowego prawa do aborcji dla każdej dziewczynki i kobiety na koszt podatników bez czyjejkolwiek ingerencji. Kongresman wyjaśnił, że naciskanie na aborcję miało być osiągnięte poprzez “przekręcanie słów i definicji” („twisting words and definitions”). CRR nie interesuje bowiem żaden demokratyczny proces, w którym obywatele danych państw pytani są, co o tym myślą. W jaki konkretny sposób prawnicy planowali go więc osiągnąć? Na czym polegać ma to „przekręcanie definicji”? Czy nie z tą taktyką mieliśmy do czynienia w sprawie „Agaty”, gdy wyjątek aborcyjny, który – jak informowano niegdyś opinię publiczną – miał dotyczyć sytuacji popełnienia gwałtu na kobiecie, okazał się mieć zastosowanie w przypadku ciąży będącej wynikiem współżycia czternastolatków?

W tekście “No Abortion Left Behind” (2004) redaktor “The Weekly Standard” Joseph Bottum http://www.weeklystandard.com/Content/Public/Articles/000/000/003/645rcjyc.asp?page=1

tłumaczy, że strategia aborcyjnych aktywistów polega na umieszczaniu niejasnych fragmentów tekstu w jak największej ilości międzynarodowych traktatów, raportów czy rezolucji, a potem na ich interpretowaniu przez różne podmioty (m.in. przez Europejski Trybunał Praw Człowieka), tak, aby oznaczały ustanowienie uniwersalnego prawa do aborcji. Do tego celu został stworzony termin „praw reprodukcyjnych”, wszechobecny w dokumentach ONZ, a których sensownej definicji nie ma w żadnej rezolucji ONZ. Co więcej, Bottum podaje również, że w swoich opracowaniach CRR posługuje się zdaniami, które sam opracował np. w ramach dyrektyw ONZ czy decyzji międzynarodowych trybunałów. Wygląda więc na to, że prawo wielu krajów tworzy de facto grupka amerykańskich prawników- aborcyjnych lobbystów cytujących samych siebie.

Z kilku orzeczeń Europejskiego Trybunału wynika niestety, że CRR jest dla niego nie tylko partnerem do dyskusji, a raczej instrumentem, na którym można zwyczajnie improwizować. Jeśli zaś chodzi o Polskę, czy rząd naprawdę myśli, że amerykańscy prawnicy walczą tylko o to, aby obecne prawo było przestrzegane na terytorium naszego kraju? Organizacja wyjaśnia w jednym ze swoich raportów, że każdy z procesów ma coraz bardziej rozmontować represywne wysiłki Polski zmierzające do odmowy kobietom ich legalnej opieki zdrowotnej („each one aimed at dismantling more and more of Poland’s repressive efforts to deny women their legal health care): http://reproductiverights.org/sites/crr.civicactions.net/files/documents/crr_Annual_Report_11_12.pdf (s.42) Czy ktoś ma wątpliwości o co tu chodzi?

Z ujawnionych przez kongresmana Smitha dokumentów CRR wynika, że organizacja cieszyła się nawet, iż krok po kroku udaje jej się osiągnąć swoje cele i pozostać poza radarem opozycji. Teraz jednak nie uda jej się już działać całkowicie za plecami opinii publicznej. Ci, którzy jeszcze sądzą, że przez nikogo niekwestionowane i niekontrolowane prawo do aborcji jest w interesie kobiet, powinni zapoznać się z informacjami, jakie podmioty wspierały tę prawniczą organizację.

Jak napisał Brian Clowes z Human Life International w jednym ze swoich raportów (2010), były to fundacje, których praca nie koncentruje się głównie na wspieraniu autentycznego rozwoju ekonomicznego, ale na kontroli liczby ludności. Wśród nich wymienił: the Hewlett Foundation, the Packard Foundation, the Ford Foundation, the MacArthur Foundation, the Open Society Institute i Fundusz Ludnościowy ONZ.

Jak wynika z rocznych raportów CRR, znalazły się tam również amerykańska firma farmaceutyczna (produkujące m.in. środki antykoncepcyjne) Brystol-Myers Squibb i fundacja Pfizer. Był tam również John Merck Fund, założony przez Serenę Merck, wdowę po George’u W. Mercku, prezesie firmy farmaceutycznej, która nosi jego nazwisko. Ponadto, na jej działalność łożyły także amerykańskie kliniki aborcyjne, w których sprzedaje się środki antykoncepcyjne oraz dokonuje się m.in tzw. późnych aborcji. Wśród nich wymieniono Presidential Women’s Center, Atlanta Women’s Medical Center, czy Cherry Hill Women’s Center i inne.

Co więcej, z CRR związana była Nicki Gamble, była szefowa klinik Planned Parenthood w Massachusetts, która pracowała również dla Ipas (producent sprzętu aborcyjnego, znany już w Polsce ze sprawy sądowej Wandy Nowickiej, który przekazał pieniądze Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). Obecnie udziela się w WomanCare Global, założonej przez Ipas m.in. do dystrybucji tabletki poronnej i aspiratorów. Barbara Grossman, kolejny człowiek CRR, również była związana z największym providerem aborcji w USA (Planned Parenthood). A to oczywiście tylko pewien wycinek powiązań tej prawniczej organizacji z tym właśnie przemysłem.

Analizując różne jej raporty można się domyślić dlaczego zależy jej na poszerzeniu grona dostępnych providerów aborcji. W przypadku Polski chodziłoby zapewne o przeniesienie jej z publicznych szpitali do prywatnych „klinik”, np. w ramach usług zakontraktowanych z Narodowym Funduszem Zdrowia. Fakt, że lobbyści uważają, iż takie procedury z powodzeniem może wykonywać personel paramedyczny daje możliwości IPAS, jej organizacji partnerskiej. To ona mogłaby go przeszkolić i wyposażyć w sprzęt i odpowiednie środki farmakologiczne. Trudno nie podejrzewać, że amerykańskie firmy nie są zainteresowane nowym, polskim rynkiem klientek.

Wygląda na to, że wśród niektórych ludzi w Polsce znajduje to pewne zrozumienie. Czy wynika to z troski o kobiety, ignorancji, czy ma raczej związek z marzeniami o zostaniu lobbystą, ekspertem, doradcą, czy konsultantem (prawnym, farmaceutycznym, medycznym,) lobby aborcyjnego? Chyba bez zbytniej przesady można założyć, że w Polsce znajdzie się chętny na prezesa sieci klinik aborcyjnych. W nowomowie oficjalnego przedstawiciela tego przemysłu będzie to oczywiście kandydat na największego obrońcę praw kobiet.
Natalia Dueholm, artykuł ukazał się na http://www.pch24.pl

Written by prawdaoaborcji

15 marca, 2013 at 2:57 pm

Zero tolerancji dla okaleczania kobiet

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) domaga się wyeliminowania bolesnej i krwawej procedury, z którą łączą się różne typy ryzyka dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Od lat poświęca temu przedsięwzięciu specjalny dzień: Zero Tolerancji dla….- niestety nie chodzi o aborcję, a o kobiece obrzezanie.

Dla wywołania bardziej negatywnego efektu ONZ nie posługuje się nawet terminem obrzezanie, a okaleczenie (Female genital mutilation: FGM) i jemu poświęca 6 lutego specjalny dzień: Zero Tolerancji dla FGM. Walka przeciwko tej procedurze pokazuje ogrom hipokryzji środowiska tzw. praw kobiet, czyli de facto lobby aborcyjnego.

Zabieg obrzezania (zwany czasem klitoridektomią) polegający na częściowym lub całkowitym usunięciu zewnętrznych żeńskich organów rodnych, praktykowany jest w częściach Afryki, Azji i na Bliskim Wschodzie, jak również wśród emigrantek w Europie czy USA. Choć nie jest związany z religią, w różnej formie stosowany jest on przez muzułmanów i chrześcijan. Jak pisze w „Means of Reproduction” Michelle Goldberg, klitoridektomia była nawet praktykowana w Europie w XIX w. w czasach wiktoriańskich i zachwalana przez prezesa Londyńskiego Stowarzyszenia Medycznego. Obecnie szacuje się, że przeszło go od 100 do 140 milionów kobiet na świecie. Każdego roku poddawanych jest temu zabiegowi około 3 milionów dziewczynek (połowa tego w Egipcie i Etiopii).

Przyjęta rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 2012 r. nawołuje do wprowadzenia globalnego zakazu FGM http://www.unwomen.org/2012/12/united-nations-bans-female-genital-mutilation/. Wcześniej apel w tym celu podpisała min. spraw zagranicznych Unii Europejskiej Catherine Ashton, komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding, czy John Dalli- były komisarz ds. zdrowia i ochrony konsumentów. Zaskakujące jednak, że ONZ domaga się zakazu i w tym wypadku jakoś nie martwi się (tak, jak w przypadku aborcji), że doprowadzi on do zejścia tego procederu do podziemia, a tym samym zaskutkuje śmiercią wielu kobiet. Co ciekawe, popiera zakaz w sytuacji, gdy jest on nieakceptowany przez ludność lokalną. Jak napisał w 2003 r. antropolog Richard Shweder: „ (…) w co najmniej siedmiu krajach afrykańskich 80-90 % (SIC!) ludności zagłosowałoby w głosowaniu powszechnym przeciwko jakiejkolwiek polityce czy prawu kryminalizującemu praktyki obrzezania zarówno chłopców, jak i dziewczynek”.

ONZ również nie sugeruje, że z zakazem będzie wiązała się turystyka obrzezania (znowu tak jak w przypadku aborcji), co wcale nie jest kwestią czysto teoretyczną. Goldberg, która w swojej książce poświęciła tej praktyce cały rozdział, wskazała na jej znaczenie dla tradycji i kulturalnego autentyzmu. Opisuje w niej przypadek Amerykanki, Fuambai Ahmadu, studentki Georgetown University z doktoratem z London School of Economics, która pojechała celowo i z własnej woli do Sierra Leone (stamtąd pochodziła jej rodzina), aby się obrzezać.

To „tylko” tkanka?

Według ONZ każdy rodzaj obrzezania kobiet uznany jest za szkodliwy i jest łamaniem praw człowieka. Warto dodać, że ONZ uważa nawet za niepokojący fakt, że zabieg ten wykonywany jest coraz częściej przez personel medyczny (lekarzy i pielęgniarki), co tym samym go legitymizuje. Wynika z tego, że sam fakt wykonywania w lepszych, czyli bezpieczniejszych warunkach (zamiast przy użyciu noży, nożyczek czy żyletek) i pod znieczuleniem wydaje się nie mieć tu żadnego znaczenia. Szkoda, że nie stosuje tej samej miary w przypadku aborcji. Zabijanie nienarodzonego dziecka ma być dla lobby aborcyjnego usuwaniem tkanki. A czymże jest obrzezanie kobiet? Czy to nie „tylko” tkanka?

Dziś w USA można uzyskać azyl polityczny powołując się na zmuszanie do obrzezania jako formy prześladowania. Obecnie walka z FGM jest częścią amerykańskiej polityki zagranicznej. Wymóg wprowadzenia zakazu stosuje się w stosunku do krajów, które otrzymują od USA fundusze pomocowe. Podobnie taka forma nacisku wykorzystywana była, aby wymóc wprowadzenie legalizacji aborcji. W USA FGM jest zakazane, aborcja za to dozwolona do 9 miesiąca (z pewnymi ograniczeniami). Grupy ją promujące jednocześnie zwalczają FGM (Population Council, czy Center for Reproductive Rights). Czy to nie jest jakieś rozdwojenie jaźni?

Jak czytamy na swojej stronie internetowej WHO, nie są znane żadne zdrowotne korzyści FGM. Wiąże się ono za to z serią ryzyka krótko i długoterminowego dla zdrowia fizycznego, psychicznego, duchowego, seksualnego i dobrego samopoczucia. Wśród powikłań wymieniane są m.in.: ból, infekcje, krwawienia, niepłodność, uraz psychiczny, ryzyko ciążowe, a nawet śmierć. Prawie to samo można powiedzieć o aborcji, która w większości przypadków bynajmniej również nie jest dokonywana z powodów zdrowotnych.

Co więcej, przeciwnicy FGM używają wszelkich środków, aby go napiętnować. Nie wahają się w tym przypadku pokazywać go na ilustracjach. W książce „Female Genital Mutilation” znajduje się zdjęcie przedstawiające ogromną torbiel – jedno z zagrożeń procedury. Z pewnością Facebook nie miałby nic przeciwko, aby je zamieszczać. A co ze zdjęciami aborcji? Może media głównego nurtu pokażą kiedyś, co dokładnie wyrzucają szpitale i kliniki aborcyjne w ramach odpadów medycznych?

Zdjęcia to zresztą nie wszystko. Jakiś czas temu telewizja CNN pokazała klitoridektomię w egipskim slamsie, dokonaną przez ojca 10-letniego dziecka. Na filmie cierpiąca dziewczynka wykrzyczała po procedurze do członków swojej rodziny: „Spada za to na was grzech!”. Jak pisze Goldberg, film otworzył oczy Zachodowi. Ludzie byli zszokowani, bo nie mieli pojęcia, jak wygląda klitoridektomia. Amerykańska delegacja spotkała się w tej sprawie z prezydentem Mubarakiem. Maszyna zwalczająca FGM ruszyła w latach 90. XX w., wcześniej niewielu było nią zainteresowanych. Czy jest szansa, że kiedyś CNN pokaże aborcję, aby otworzyć ludziom oczy?

Według ONZ, wiele krajów wprowadziło zakaz klitoridektomii. I tam, gdzie istnieją również akcje edukacyjne i kampanie społeczne, jej praktykowanie spadło. Czekamy na podobne podejście do zwalczania aborcji, która jest skrajną i traumatyczną formą przemocy i łamaniem praw człowieka. Z nią będzie się walczyło dużo łatwiej, bo nie jest wspierana 90% poparciem. Skoro FGM może niszczyć kobiety i ich życie, a nawet je zabijać, co dopiero powiedzieć o aborcji, która zawsze uśmierca życie nienarodzonego człowieka. Jest również okaleczaniem kobiet. Aborcja Boli. Okalecza Rodzinę Całą. Jest Antyludzka.

Natalia Dueholm
http://www.planetaludzi.salon24.pl
http://www.prawdaoaborcji.wordpress.com
http://www.za-zyciem.pl
http://www.edukacjadomowa.piasta.pl

Liberalizacja kradzieży i zabijania? Legal fiction

W 20. rocznicę uchwalenia Ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży

Niektórzy mówią, że polskie prawo jest zbyt restrykcyjne. Powinno być zliberalizowane. To podobno bardzo europejskie i nowoczesne. Zobaczmy, do czego to prowadzi.

Wyobraźmy sobie, że Sejm przyjął 20 lat temu Ustawę o ochronie mienia prywatnego i warunkach dopuszczalności zawłaszczania mienia prywatnego, która wprowadziła trzy wyjątki od takiej ochrony. Prawo to mówi, że:
– zawłaszczenie czyjegoś mienia jest dopuszczalne w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia,
– można zawłaszczyć mienie osoby, która weszła w jego posiadanie w wyniku czynu zabronionego,
– można zawłaszczyć dane mienie, gdy istnieją przesłanki, że ma ono jakiś defekt lub uszkodzenia.

Teraz wyobraźmy sobie, że przeciwnicy tej ustawy domagają się wykreślenia trzeciego wyjątku i argumentują:

1. Ustawa legalizuje kradzież (choć mowa o „zawłaszczeniu mienia”).
2. Ustawa jest sprzeczna z innymi aktami prawnymi. Prawo jest przez to niespójne, więc należy je zmienić.
3. Prawo jest niesprawiedliwe i dyskryminujące.
4. Legalizowanie kradzieży jest nieetyczne i niemoralne.
5. Intencją wprowadzania danego prawa jest wpływanie na moralność społeczeństwa.
6. Złe prawo wpływa na jego erozję.
7. Mienie, które ma defekt lub uszkodzenie wcale nie musi być gorsze. Wartość mienia nie zależy od jego stanu idealnego. Dla kolekcjonera sztuki uszkodzony obraz może mieć ogromną wartość. Dla innego człowieka podrobiony produkt może nadal dawać satysfakcję z jego nabycia.
8. Różne sondaże pokazują, że Polacy są za ochroną własności prywatnej. Nie popierają kradzieży, szczególnie w przypadku rzeczy uszkodzonych lub mających defekt.
9. Wprowadzenie pełnej ochrony mienia jest w interesie społeczeństwa.
10. Jan Paweł II powtarzał, że ludziom nie wolno kraść.

Zwolennicy utrzymania tej ustawy argumentują za to (przy ogromnym wsparciu mediów z tzw. lewicową wrażliwością, prezydenta i premiera) mówiąc:

1. Przeciwnicy ustawy robią to dla przypodobania się klechom. Co nas obchodzi „Nie kradnij” z dekalogu?
2. Wiadomo, że ludzie kradli zawsze i będą to robić. Lepiej to zalegalizować i mieć na to oko, dzięki czemu ludzie nie będą narażać życia kradnąc nocą i skradając się do czyjegoś domu.
3. Ludzie będą wyjeżdżać i kraść za granicą. Wzrośnie „turystyka kradzieżowa” .
4. Wiadomo, że bogatych stać na wszystko a biednych nie. Państwo powinno umożliwić wyrównanie szans tym ostatnim.
5. Za czasów PRL kradzież była masowa. Ludzie wynosili z fabryk różne rzeczy. W wielu krajach sowieckich taka była rzeczywistość. W nowoczesnych demokracjach zawłaszczanie mienia jest normą.
6. Walka o zmianę tego prawa wywoła wojnę, która nie jest Polsce potrzebna.
7. Za jakiś czas może dojść do efektu wahadła i zostanie zalegalizowana kradzież na żądanie.
8. Kościół wynegocjował tę ustawę i stoimy na straży tego kompromisu.
9. Nie można od ludzi oczekiwać heroizmu, od osób, które zostały zwolnione z pracy i nie mają pieniędzy na życie. Bez środków finansowych ludzie umierają z głodu.
10. Ustawa nikogo nie zmusza do robienia rzeczy niezgodnych z sumieniem.

A teraz zastanów się, Czytelniku, po której byłbyś stronie w trakcie debaty społecznej? Za wykreśleniem jednego wyjątku, może wszystkich trzech czy za ich zachowaniem, a może całkowitą legalizacją zawłaszczania mienia? A teraz pomyśl o porównaniu tej ustawy z Ustawą o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, która została uchwalona w styczniu 1993 r, czyli 20 lat temu. Weź również pod uwagę fakt, że mienie można czasem oddać albo zapłacić jego równowartość. Zabijanie dziecka w aborcji jest nieodwracalne, a życia ludzkiego nie da się zmierzyć pieniędzmi. Co więc wymaga lepszej ochrony: własność prywatna czy życie człowieka?

Natalia Dueholm, artykuł ukazał się na http://www.pch24.pl

http://www.planetaludzi.salon24.pl
http://www.prawdaoaborcji.wordpress.com
http://www.za-zyciem.pl

Written by prawdaoaborcji

14 stycznia, 2013 at 4:28 pm

Aborcyjne „ozdoby” choinkowe

Co może zrodzić proaborcyjny umysł? Wypuścić w grudniu na rynek aborcyjne „ozdoby” choinkowe zwane abornamentami.

Ten wstrząsający rodzaj „dekoracji” przedstawia ponad 20 zrobionych z gumy dzieci (opisywane są one słowem: baby) w fazie życia płodowego w różnych „przebraniach”. Wśród nich znajdują się:

– „dekoracja” o nazwie „Jezus martwo urodzony”, ukazująca malusieńkie dziecko w koronie cierniowej zwisające z filcowej waginy, przymocowane za pomocą różowej, cienkiej szczotki do czyszczenia fajki imitującej pępowinę (jak głosi opis- ma to być Jezus, który „zostanie reinkarnowany”)

– dzieciątko przywiązane do krzyża,

– pomalowane niebieską farbą dzieci, grające na złotych trąbkach (opisane jako „Baby Blues”),

– dzieci z pomalowanymi twarzami w stylu muzyków z zespołu Kiss z długimi, czarnymi włosami.

Wielu ludziom na usta cisną się komentarze: To koniec świata. To potwory, osoby chore umysłowo, opętane, chore na duszy… Wstrząs i oburzenie jest jak najbardziej słuszne. Wiemy jednak, że wcale nie jest to gorsze od samej aborcji (bez znaczenia na jej powód).

Jak można wyczytać na stronie „twórczyni”, która je sprzedawała, część zarobionych w ten sposób pieniędzy przeznaczyła na wsparcie największego providera aborcji w USA: Planned Parenthood (PP).

Lobby aborcyjne od lat wykorzystuje grudzień do zbierania funduszy na swoje cele. Przez lata PP sprzedawała w okresie świątecznym niebieskie kartki i koszulki z napisem „Choice on Earth” („Wybór na Ziemi”), kojarzącym się z biblijnym „Peace on Earth” („Pokój na Ziemi”).

A na co my jeszcze czekamy? Czy ktoś ma wątpliwości, że warto wspierać odważną i skuteczną Fundację PRO, która pokazuje na swoich wystawach zdjęcia z aborcji? Czy jednym z naszych grudniowych zadań nie powinna być pomoc w ratowaniu dzieci przed współczesnymi Herodami?

Źródło: http://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/
Natalia Dueholm
http://www.planetaludzi.salon24.pl

Written by prawdaoaborcji

8 stycznia, 2013 at 8:13 pm

Mamy obowiązek wobec dzieci

Rozmowa z Jeanną Desideri, dyrektorem Highland LifeCare Center, centrum pomocy dla kobiet w St. Paul (Minnesota)

Czy może Pani opisać swoją pracę w LifeCare Center?

Pracuję tutaj od ośmiu lat. Celowo przeprowadziliśmy się w to miejsce, aby być blisko kliniki aborcyjnej Planned Parenthood. Jesteśmy tu ze względu na kobiety, które myślą o aborcji lub są w tzw. ciąży kryzysowej. Oferujemy darmowe i anonimowe wsparcie dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji. Można u nas zrobić darmowy test ciążowy, badanie USG, otrzymać poradę. Pomagamy również w materialny sposób m.in. rozdając ubrania, pieluchy, mleko dla dzieci. Pomoc ta jest przeznaczona również dla kobiet, które mają dzieci, obecnie nie rozważają aborcji. Zakładamy, że w przyszłości mogą spodziewać się narodzin dziecka i przyjdą do nas po pomoc, a nie do Planned Parenthood. W 2011 roku mieliśmy prawie 2 tysiące wizyt.

Co jest najważniejsze w pierwszym kontakcie z kobietą, która myśli o zabiciu swego dziecka?

Zaczynamy od tego, żeby uświadomić kobietom, że nie odsyłamy na aborcję, ponieważ nie chcemy zostać posądzeni o formę nacisku. Potem słuchamy ich, aby zrozumieć, co powoduje, że ma ona poczucie, że aborcja to jej jedyna opcja. Pomaga nam to zrozumieć, dlaczego czuje się samotna i odczuwa lęk.

Powiedziała Pani kiedyś, że odrzucenie dziecka oznacza odrzucenie kobiety. Czy może Pani to bliżej wyjaśnić?

Mówiąc ogólnie, jeśli ojciec dziecka je odrzuca, kobieta nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie przez to ona sama również czuje się odrzucona. Kobiety mówią mi, że gdy dowiedziały się o poczęciu, czuły się szczęśliwe. Dopiero, gdy zdały sobie sprawę, że ojciec dziecka go nie chce, zaczęły odczuwać smutek i brak nadziei. To je dewastowało, obniżyło poczucie wartości. Wtedy zaczynały czuć, że bez męskiego wsparcia i afirmacji nie dadzą sobie rady.

Czy jest Pani w stanie opisać jak wiele kobiet czuje na sobie presję dokonania „aborcji” i kto za nią odpowiada?

Z kobiet, które przychodzą do nas, aby otrzymać darmowy test ciążowy odczuwa ją jakieś 50-60 procent. Presja pochodzi głównie od ojca dziecka, w przypadku młodych dziewcząt często od ich rodziców. Do aborcji namawiają również przyjaciele, znajomi z pracy. Czasami ktoś po prostu skomentuje: Zrobisz aborcję, prawda? Wszelakim naciskom poświęcona jest taka strona: http://www.unchoice.com/

A co z myśleniem: „mój brzuch, moja sprawa”?

Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety rozważające „aborcję” nie myślą: to moje ciało, chcę aborcji, to mój wybór, mam do tego prawo, itd. One mówią o tym, że nie mają wyboru, że są w pułapce. Czują się przymuszone albo pod presją.

W klinikach Planned Parenthood podobno ma miejsce tzw. counseling. Co Pani wie na ten temat?

Od kobiet, z którymi rozmawiałam najczęściej słyszałam, że czuły tam chłód i były źle informowane na temat rozwoju płodowego. Powtarza im się tam, że to nie jest człowiek, ale zlepek komórek. Nie pokazuje obrazu na USG, chyba że kobieta specjalnie nalega, aby go zobaczyć.

Czy może Pani opowiedzieć jakąś pozytywną historię dotyczącą ratowania życia dzieciom nienarodzonym w sytuacji, która początkowo wydawała się beznadziejna?

Dużo jest takich historii, ale opowiem o przypadku pewnej niezamężnej Etiopki. Miała ona już dwie córeczki i po namowie ich ojca zgodziła się na aborcję. Przyszła na umówioną wizytę w klinice aborcyjnej Planned Parenthood. Trafiła do nas, bo poczuła w sobie straszny ciężar i potworny chłód tego miejsca. Wyszła z kliniki, bo odczuła, że to jakiś znak. Kiedy do nas przyszła, była blada jak prześcieradło, cała się trzęsła. Była tak blisko dokonania aborcji. W trakcie rozmowy próbowałam zrozumieć jej sytuację. Cierpiała na poranne wymioty tak bardzo, że kilkakrotnie wylądowała z tego powodu w szpitalu. Nie radziła sobie z utrzymaniem domu. Nie mogła gotować dzieciom, bo zapach jedzenia wywoływał u niej odruch wymiotny. Czuła, że nie jest w stanie zająć się córkami. Dodatkowo było jej ciężko z powodu śmierci jej własnych rodziców. Ojciec dzieci jej nie wspierał. Były też problemy finansowe. Po rozeznaniu sytuacji przyjęliśmy plan działania. Od razu kupiłam mrożone jedzenie, aby można było je szybko przygotować. Załatwiliśmy jej domową pielęgniarkę do pomocy, a lokalna parafia włączyła się w sprzątanie jej domu i przynoszenie jej gotowych posiłków. Wszyscy ci ludzie byli wolontariuszami. Obiecaliśmy ojcu nieograniczoną ilość pieluch. Po urodzeniu syna, kobieta ta przyniosła nam go pokazać.

Czy zgłosiła się kiedyś do was kobieta z nienarodzonym dzieckiem, u którego zdiagnozowano syndrom Downa?

Był jeden taki przypadek.

Czy udało się Pani ją przekonać do urodzenia dziecka?

Cóż, miałam w tym pewną rolę. Ojciec stał się bardziej wspierający. To byli chrześcijanie. I skontaktowaliśmy ich z lokalną organizacją Prenatal Partners for Life http://www.prenatalpartnersforlife.org/, gdzie rodzice z dziećmi specjalnej troski, lekarzami, prawnikami i osobami duchownymi pomagają sobie nawzajem. Oni specjalizują się w pomocy w przypadku niepomyślnych diagnoz, np. syndromie Downa, i innych schorzeń genetycznych.

Niektórzy politycy mówią, że urodzenie dziecka chorego jest aktem heroizmu. Co Pani o tym myśli?

W pewnym sensie tak, bo wymaga to dużej odwagi w sytuacji, gdy jest taka duża presja żeby nie urodzić. Jednak każde dziecko zasługuje na życie. Mamy przecież obowiązek wobec nich.

Obrońcy życia słyszą czasem, że obchodzą ich tylko dzieci nienarodzone, że łatwo jest moralizować, że w Afryce dzieci umierają z głodu i tym podobne rzeczy. Co Pani na to odpowie?

Powiem najpierw, że życie zaczyna się od poczęcia. Osoba to osoba. Dziecko to dziecko. Moje poglądy na życie są konsekwentne. Potem powiem, że prawo do życia jest fundamentalnym prawem. Nie można go uszczuplać. Każda osoba zasługuje na życie. I w końcu, że w naszym centrum pomagamy kobietom oraz im dzieciom poczętym i narodzonym. Mówimy im, że po urodzeniu dziecka nadal będziemy do ich dyspozycji.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Natalia Dueholm, wywiad ukazał się na http://www.pch24.pl

Written by prawdaoaborcji

8 stycznia, 2013 at 8:11 pm

Kryształowa działalność Nowickiej

Wanda Nowicka, była szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, pisze na swoim blogu, że ustanowiła nagrodę Kryształowego Świecznika za „wkład w budowę państwa świeckiego”.

Jak tłumaczy: „Do kapituły nagrody zaprosiłam następujące osoby: Magdalenę Środę (etyczkę, filozofkę), Jana Hartmana (filozofa, bioetyka), Bożenę Keff (publicystkę, poetkę, tłumaczkę), Birutę Przewłocką-Pachnik (prezeskę Diakonii Kościoła Ewangelicko-Reformowanego), Stanisława Obireka (filozofa), Roberta Biedronia (posła na Sejm RP).

Wszystkie one są dość powszechnie znane z wyjątkiem Biruty Przewłockiej-Pachnik, zidentyfikowanej jako prezeska Diakonii Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Wygląda na to, że informacja ta jest niepełna. Jak czytamy w Krajowym Rejestrze Sadowym http://www.krs-online.com.pl/federacja-na-rzecz-kobiet-i-planowania-krs-89833.html – osoba o tym samym nazwisku jest również skarbnikiem proaborcyjnej Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Warto odnotować, że reprezentantka pewnej grupy protestantów została nominowana do roli wybierania antykatolickich i antyreligijnych nagród (wśród 8 nominowanych na świeczniku stoją już 4 osoby za zwalczanie powieszonego krzyża w budynkach publicznych). Ciekawe, czy wpłynie to na relacje ekumeniczne z katolikami…

Inna ciekawostka: z wpisu na blogu nie wynika, jakie konkretnie nagrody czekają na szczęśliwie wyróżnionych i kto zapłaci za kryształowy świecznik.

Natalia Dueholm
http://www.planetaludzi.salon24.pl

Obudzić sumienie

Kiedy rodzice Kornelki z zespołem Edwardsa usłyszeli, jak wygląda aborcja eugeniczna, niemal uciekli ze szpitala. Mieli szczęście, bo i oni, i rodzice chorej Joasi trafili na aniołów z Hospicjum Perinatalnego. I mimo że zgodnie z ustawą mogli, nie zabili swoich dzieci.  Czytaj resztę wpisu »