Prawda o aborcji

Dziennikarze za prawdą o aborcji

Fanatycy „pigułki” i aborcji

Kobiety uważające się za nowoczesne, korzystające z antykoncepcji praktycznie tak, jak z witamin, z aborcji zaś tak, jak ze zwyczajnego zabiegu ulepszającego życie, powinny wiedzieć, że wśród twórców tych wynalazków znajduje się niemało… fanatyków notorycznie łamiących prawa kobiet. Ludzie powszechnie uznawani przez środowisko aborcyjno-antykoncepcyjne i wspierające je media za bohaterów tzw. praw kobiet swoją pracą pokazali prawdziwy do nich stosunek, traktując je jak zwyczajne zwierzęta laboratoryjne.

Niezliczone bezimienne ofiary aborcyjnego fanatyzmu – wykorzystane, oszukane, zranione, schorowane, bezpłodne lub zmarłe – nie pasują do kolorowego obrazka kobiety wyzwolonej, korzystającej ze „swoich praw i wyboru”. Większość feministek interesują tylko „ofiary” wśród kobiet, którym prawo aborcji zabroniło. Paradoksalnie jednak niektórym zdarza się wspomnieć o tych pierwszych. Być może dlatego, że winowajcami są tutaj mężczyźni posądzani przez nie o szowinistyczną dominację i kontrolę, zwłaszcza jeśli pochodzili ze zdominowanego przez mężczyzn środowiska lekarskiego. Za pigułką antykoncepcyjną stali wszak Gregory Pincus (biolog i zoolog) i John Rock (lekarz), za jedną z wkładek domacicznych – Hugh Davis (ginekolog), a za jedną z metod aborcyjnych – Harvey Karman (psycholog fałszywie podający się za lekarza).

Gorzka pigułka antykoncepcji

Feministka Linda Gordon w Woman’s Body, Woman’s Right pisze, że w latach sześćdziesiątych pigułka została tak skutecznie i masowo wprowadzona na rynek, że w ciągu roku aż milion kobiet zdecydowało się z niej skorzystać. Gordon twierdzi, że twórcy pigułki narzucili pasywność konsumencką, pozbawiając kobiety informacji potrzebnych do oceny produktu, a nawet zatajając skutki uboczne i inne niebezpieczeństwa, które wyszły na jaw w trakcie pierwszych badań na dużą skalę w Portoryko. Firma farmaceutyczna Searle posunęła się wręcz do zatajenia przypadków śmiertelnych.

O szczegółach tych doświadczeń możemy przeczytać w innym materiale, który trudno posądzić o antykoncepcyjną awersję, gdyż przygotowany został przez publiczną sieć telewizyjną PBS. Dowiemy się zeń, że za twórcę pigułki uznaje się Gregory’ego Pincusa (wraz z Johnem Rockiem), który za namową Margaret Sanger (skądinąd znanej eugenistki) i dzięki pieniądzom otrzymanym od jej organizacji Planned Parenthood wynalazł w końcu kombinację estrogenu i progesteronu o nazwie Enovid. Po przetestowaniu jej na szczurach i królikach przyszła kolej na kobiety. Początkowo badania toczyły się na małą skalę w Massachussets, pod płaszczykiem leczenia niepłodności (z powodu restrykcji prawnych). Biorące w nich udział kobiety nie wyraziły zgody na eksperyment, inne były pacjentkami szpitala psychiatrycznego i w tym przypadku zgodę wyraziła tylko rodzina.

Kolejna faza właściwego eksperymentu na dużą skalę miała miejsce w San Juan, gdzie testowano szczególnie wysoką dawkę Enovidu na biednych i niewykształconych Portorykankach, ulokowanych w rządowych mieszkaniach komunalnych. Ponownie kobiety nie zostały poinformowane, że biorą udział w eksperymencie z potencjalnymi skutkami ubocznymi. Zaistniałe skutki uboczne i przypadki śmiertelne zostały przez badaczy pigułki zignorowane i zbagatelizowane. Nie bez przyczyny Pincus został później oskarżony o oszustwo, kolonializm i wyzysk kolorowych kobiet. Jak pisze inna feministka, Portorykanka Irene Vilar, autorka książki Impossible Motherhood: Testimony of an Abortion Addict, która piętnaście razy poddała się aborcji, jej kraj stanowił w latach 1955-69 laboratorium rządu USA testujące doustną antykoncepcję w szczególnie wysokich dawkach hormonalnych z niebezpiecznymi skutkami ubocznymi, w tym niepłodnością. Według sieci PBS, pigułka testowana była również na Haiti i w mieście Meksyk. Searle zarobiło na niej w roku 1960 trzydzieści siedem milionów dolarów (według kalkulatora inflacji w roku 2009 byłoby to ponad 265 mln).

Co ciekawe, Gordon pisze, że kobiety przestały korzystać z pigułek około roku 1967, zanim rozpoczęła się kampania ujawniająca niebezpieczeństwa. Jak tłumaczy, większość kobiet odrzuciła pigułkę z własnej inicjatywy (tylko jedna trzecia za namową lekarza): z powodu bólów głowy, przytycia, mdłości, wysypek, wzdęć i rozregulowanych miesiączek, czyli z powodu przykrych dolegliwości, a nie z powodu potencjalnych (i poważniejszych) niebezpieczeństw związanych z jej użyciem na dłuższą metę. Dolegliwości ignorowane przez badaczy i lekarzy okazały się wystarczająco nieprzyjemne, aby kobiety same zdecydowały się pigułkę odłożyć (albo wyrzucić do toalety, tym samym zanieczyszczając wodę trudnymi do usunięcia w oczyszczalniach ścieków hormonami). Jak dowiadujemy się z materiału PBS, trudno było połączyć poważniejsze schorzenia (zawały, wylewy czy zakrzepy) z przyjmowaniem pigułki, gdyż kobiety na nie cierpiące nie podejrzewały istnienia jakiegokolwiek związku. Nie wracały więc do ginekologów, którzy im ją przepisali, dlatego lekarze ci długo nie mogli się o nich dowiedzieć.

Gordon podaje również, że w latach osiemdziesiątych firmy farmaceutyczne za pomocą rządowych agencji ludnościowych rozpoczęły nową ­próbę ­wylansowania pigułki. Firmy te opublikowały badanie, w którym winą za skutki uboczne obarczone zostały palące użytkowniczki pigułki, przez co zarazem odwrócono uwagę od faktu, że śmiertelność sercowo-naczyniowa u kobiet niepalących zażywających antykoncepcję doustną była nadal od trzech do pięciu razy większa niż u tych, które pigułek nie stosowały. W roku 1983 w celu ponownego wypromowania pigułki firmy farmaceutyczne połączyły siły z dwiema organizacjami rządowymi (Center for Disease Control and Prevention i National Institute of Child Health and Human Development), publikując kolejny propagandowy raport, według którego stosowanie pigułki miało być korzystne dla osób chorych na artretyzm. Jak pisze Gordon, amerykańskie konsumentki pigułki otrzymały w końcu lepszą pigułkę o niższej dawce hormonalnej. A stare pigułki zostały po prostu wysłane do krajów trzeciego świata. Historia ta będzie się zresztą powtarzać.

 „Cudowna” spirala

Podobnie bowiem rzecz się miała z wkładkami domacicznymi. Te również – pisze Gordon – testowano na biednych imigrantkach, głównie pochodzenia latynoskiego. Skutki uboczne w postaci bólu i krwawienia, perforacji bądź infekcji macicy, jajników i jajowodów, zostały zamiecione pod dywan. Gordon podaje, że w latach siedemdziesiątych setki ginekologów samodzielnie wykonywało wkładki własnego pomysłu, skręcając różne metale, tworzywa i plastik, dzięki czemu co najmniej trzy miliony kobiet w USA i siedem za granicą mogło skorzystać z produktów nieadekwatnie zbadanych, ponieważ Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków, w której gestii leży dopuszczanie tego typu produktów na rynek) w ogóle nie chciała się nimi zajmować. Co więcej – wyjaśnia Gordon – firmy nie wykonały odpowiednich badań w celu wykazania, czy pojawiające się problemy wiązały się z konkretnym rodzajem wkładek.

Jedna z nich – spirala o nazwie Dalkon Shield, reklamowana jako cud antykoncepcyjny – okazała się szczególnie śmiercionośna. Gordon pisze, że spowodowała ona co najmniej trzydzieści przypadków śmiertelnych w samych USA oraz nieznaną ich liczbę za granicą, do tego prawdopodobnie setki tysięcy poważnych infekcji, nierzadko prowadzących do bezpłodności. A. H. Robins Company (firma sprzedająca Dalkon Shield) zignorowała ostrzeżenia, w tym jedno pochodzące od swojego własnego badacza – dodaje Gordon.

W artykule progresywnego magazynu „Mother Jones” czytamy, że twórca spirali Dalkon Shield, Hugh Davis (który notabene opierał propagowanie wkładek domacicznych na stwierdzeniu, iż antykoncepcja doustna jest… zbyt niebezpieczna) zakładał ją kobietom, nie informując ich, że produkt znajduje się w fazie eksperymentalnej. Firma A. H. Robins przyznała – pisze Gordon – że cztery procent użytkowniczek Shield (czyli dziewięćdziesiąt tysięcy) doznało uszkodzenia zdrowia, zaś 343 863 kobiety złożyły przeciwko jej producentowi zbiorowy pozew. W wyniku wyroku sądu firma zbankrutowała, zmuszona do wypłacenia odszkodowań.

W latach 1985-1986 duże firmy farmaceutyczne wycofały z rynku prawie wszystkie rodzaje wkładek z obawy przed podobnymi orzeczeniami sądu (nie zamierzały bowiem wydawać pieniędzy na testowanie modeli). Co szczególnie warte podkreślenia, – zauważa Gordon – firma A. H. Robins nie zniszczyła sprzedawanego przez siebie wadliwego produktu, odpowiedzialnego wszak za ofiary śmiertelne, lecz wiele tysięcy egzemplarzy rozprowadziła w krajach trzeciego świata.

„Superaborcja”

Kolejnego „nieetycznego” – jakby to określiły kobiety nowoczesne – bohatera środowiska aborcyjnego poznajemy dzięki feministce Michelle Goldberg i jej książce The Means of Reproduction. Osobnik ów, nazwiskiem Harvey Karman, został skazany w roku 1955 za spowodowanie śmierci kobiety w wyniku aborcji przeprowadzonej przez siebie za pomocą wziernika i… dziadka do orzechów. Po odsiedzeniu kary dwóch lat więzienia oddał się – jak pisze Goldberg – swoistej krucjacie, trawiącej pasji.

Karman był podobno świetny we włamywaniu się do kobiecej macicy. Chciał, aby aborcja była bezbolesna i żeby kobieta zaraz po zabiegu mogła sobie po prostu pójść do domu, zupełnie jakby nic się nie stało. Dlatego zaczął eksperymentować w swojej kuchni. Szczegóły owych eksperymentów poznajemy za sprawą tekstu Design of devices: The Vacuum Aspirator and American Abortion Technology autorstwa Tanfer Emin Tunc. Pisze ona, że Karman próbował wsysać otrzymane od znajomych lekarzy szczątki poaborcyjne przy pomocy wymyślonej przez siebie kaniuli (plastikowej rurki). Na podstawie przeprowadzonych doświadczeń określił, że może wessać płód do dwunastego tygodnia.

W końcu Karmanowi udało się opracować prototyp aspiratora aborcyjnego MVA (manual vacuum aspirator). Jak pisze Goldberg, owo proste, niewymagające prądu urządzenie – po dopracowaniu przez inżynierów firmy Battelle – zakupiła rządowa Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID) i wysłała do krajów, w których aborcja była nielegalna, jako zestaw do regulacji miesiączki.

Wobec powyższego trudno się dziwić, że Karman pozostaje bożyszczem aborcjonistów. Z tekstu Tanfer Emin Tunc wynika, że są mu oni dozgonnie wdzięczni za opracowaną przezeń kaniulę, używaną w aspiratorach ręcznych i elektrycznych, dzięki którym praca abortera jest o wiele „szybsza”, „czystsza” i „wydajniejsza” (nie wymaga czasochłonnego skrobania). Ponadto, kaniula jest tania w produkcji i nie wymaga dodatkowych kosztów sterylizacyjnych, gdyż jest jednorazowa. Firmy produkujące sprzęt aborcyjny też są bardzo zadowolone. Jak pisze Tunc, system ten pomógł utrzymać przemysł aborcyjny i dochodowość firm produkujących potrzebne mu urządzenia (na przykład Battelle, Rocket czy Berkeley Bioengineering).

Wracając jednak do Karmana, pomimo przeprowadzania nielegalnych aborcji, wielokrotnych pobytów w więzieniu, wyroku za spowodowanie śmierci, bezzasadnego posługiwania się tytułem doktora jakiegoś podejrzanego szwajcarskiego uniwersytetu, nawiązał on jako ekspert szerokie kontakty z licznymi organizacjami.

Jak pisze Goldberg, Międzynarodowa Federacja Planowanego Rodzicielstwa (IPPF) zaprosiła go do Bangladeszu, aby tam przeprowadzał aborcje u dziewczynek i młodych kobiet (podobno zgwałconych przez pakistańskich żołnierzy). Wedle relacji Goldberg, Karman podróżował tam helikopterem Czerwonego Krzyża, rozwożąc tysiące zestawów do aborcji i ucząc posługiwania się nimi. Podobno był przez wszystkich witany z szeroko otwartymi ramionami (z wyjątkiem Matki Teresy, która odwiedziła go w hotelu, aby mu powiedzieć, co myśli o jego „dobroczynności”).

Pobyt Karmana w Bangladeszu nastąpił – jak zauważa Goldman – wkrótce po opuszczeniu przezeń za kaucją więzienia, po oskarżeniu o przeprowadzanie nielegalnych aborcji w Kalifornii. Goldman nie informuje o samym procesie, jednakże szczegółów dowiadujemy się z innego źródła. Artykuł opublikowany na łamach „New York Timesa” w grudniu 1972 roku donosi, iż Karman został aresztowany za przeprowadzenie nielegalnych eksperymentalnych aborcji na kobietach w drugim trymestrze ciąży za pomocą potencjalnie niebezpiecznej metody zwanej super coil. Co więcej – jak dowiadujemy się z artykułu – szarlatan zaprosił telewizję, aby sfilmowała eksperyment dokonywany przezeń na młodych, biednych Murzynkach, nieświadomych eksperymentalnego charakteru metod, a nawet nieuprzedzonych, że będą filmowane. Skutki owego eksperymentu zostały zbadane przez rządową agencję Center for Disease Control i opisane w artykule zatytułowanym Medical Complications From Induced Abortion by the Super Coil Method, opublikowanym na łamach specjalistycznego pisma „Health Services Report”. Z opisu tego wynika, że metoda polegała na umieszczeniu w macicy wielu plastikowych spiral (o średnicy 2 cm i długości 40 cm) na dwanaście do dwudziestu czterech godzin, w celu wywołania aborcji. Po owym czasie płód miałby zostać wydalony bądź wyciągnięty przy pomocy kleszczy. Z trzynastu poddanych eksperymentowi kobiet jedna w trakcie wyciągania spiral dostała bardzo silnego krwotoku, co zakończyło się dla niej całkowitą histerektomią (operacją usunięcia macicy), dziewięć innych zaś doznało komplikacji. W sumie w trzech przypadkach wymagane było leczenie szpitalne (wystąpiły zapalenie otrzewnej i perforacja macicy), ponadto zaistniały przypadki anemii, gorączki powyżej 40 stopni i alergii na lek, a u dwóch pacjentek płód nie został wydalony. Z raportu wynika, że Karman zapewniał, iż metoda nie wiąże się z żadnymi znaczącymi komplikacjami, stąd może się nią posługiwać personel paramedyczny.

Według amerykańskiego urzędu patentowego (US Patent and Trademark Office) Karman jest właścicielem pięciu patentów ginekologicznych, w tym patentu na super coil.

Działający w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia feministyczny ruch konsumencki, wskazujący na zagrożenia związane ze stosowaniem antykoncepcji i metod aborcyjnych, oskarżano wówczas o sianie paniki i paranoi. Dziś, w środowisku feministycznym trudno znaleźć oznaki tej „paranoi” i braku zaufania do firm farmaceutycznych oraz pracujących dla nich lekarzy. Czy przyczyną owej zmiany nastawienia nie był przypadkiem zastrzyk finansowy z wiadomego źródła?

Natalia Dueholm

„Polonia Christiana”, nr 19, marzec-kwiecień 2011. Zamieszczamy za zgodą Redakcji.

Reklamy
%d blogerów lubi to: